2017-06-17

Rozdział czwarty

Blanka
Padało, wręcz lało niemiłosiernie od samego rana i nie zapowiadało się na to, żeby deszcz zamierzał ustąpić w tym stuleciu. Temperatura na zewnątrz spadła o kilka dobrych stopni i nawet przez szybę czułam, jak ogarnia mnie chłód. Oparłam czoło o szklaną powierzchnię, wpatrując się w spływające strużki wody po jej drugiej stronie. Odetchnęłam głęboko, a gdy mój oddech zderzył się z szybą, ona zaparowała. Bezwiednie uniosłam dłoń i palcem poprowadziłam linie. Na zaparowanym szkle powstała ćma, chociaż żywej nie widziałam od kilku dni... A może dłużej?
Zresztą, w snach też mnie nie nawiedzały. Tęskniłam za tym stworzonkiem, bo chyba tylko ono mnie rozumiało, ale wiedziałam, dlaczego zniknęło. Mogłam oszukiwać wszystkich wokół, ale siebie nie potrafiłam, chociaż nie raz próbowałam. Sama spowodowałam to, że ćmy zniknęły. Przez tę feralną noc, gdy podsłuchałam Dalię i Daniela, wróciłam do leków, a wszystko stało się mdłe, pozbawione wyrazu. Nadal odczuwałam coś na kształt przygnębienia, a moja dusza przypominała to, co rozgrywało się na zewnątrz, ale przynajmniej nie płakałam, nie bałam się najcichszego szmeru w ciemnościach, nie budziłam się z dziko walącym sercem w piersi i poczuciem, że powinnam wiedzieć, coś zrobić.
Trwałam w zawieszeniu. Znajdowałam się w zupełnie innym miejscu niż rzeczywistość, ale też innym niż moje omamy. Tutaj byłam tylko obserwatorem bez jakichkolwiek uczuć, emocji. Stałam obok i patrzyłam, jak słońce wschodzi tylko po to, żeby o odpowiedniej porze ustąpić miejsca księżycowi, a za kilka godzin to on zniknie, zastąpiony przez słońce. I tak wciąż, dzień za dniem, noc za nocą. Ludzie rano wstawali, szli do pracy, szkoły, na zakupy, na spotkania mniej lub bardziej chciane. Oni żyli. A ja?
Mijały kolejne minuty, gdy stałam przy oknie, wpatrując się w przestrzeń za nim i nawet nie starałam się znaleźć powodu, żeby się ruszyć. Tak było dobrze, po prostu czekać, aż minie kolejny dzień.
Blanka? – Usłyszałam swoje imię poprzedzone pukaniem, a szelest otwieranych drzwi świadczył tylko o tym, że Dalia nie czekała, aż zaproszę ją do środka. Doskonale wiedziała, że mogłaby się nie doczekać. – Jesteś gotowa? Och, skarbie. Mówiłam, żebyś założyła te malinowe spodnie. – Stanęła obok mnie z materiałem w ręce i chyba miała nadzieję, że na nią chociaż spojrzę. W końcu dała za wygraną, bo westchnęła ciężko i podeszła do komody. – Nie możesz ciągle chodzić w tych znoszonych dresach. Proszę, przebierz się i jedziemy.
Ach tak. Całkowicie zapomniałam, że Dalia zakomunikowała mi jakiś czas temu, zabiera mnie na zakupy. Nie odmówiłam jej wtedy, ale też się nie zgodziłam, choć moja siostra milczenie przyjęła za wystarczającą odpowiedź.
Pada – stwierdziłam cicho rzecz oczywistą, ale to, że się w końcu odezwałam, na moment wytrąciło blondynkę z równowagi. Widziałam w odbiciu szyby, jak zamarła z na wpół wyciągniętą bluzką z szuflady.
Przecież nie jesteśmy z cukru. – Odłożyła bluzkę i wyciągnęła granatową bluzę z kapturem. Przez chwilę się jej przyglądała, a po chwili sama sobie przytaknęła i położyła ją na łóżku obok spodni. – I mamy parasol. Poza tym jedziemy samochodem. Dan wyszedł wcześniej z pracy i zostanie z Emmą, a my mamy całe popołudnie dla siebie. Taka okazja może się długo nie powtórzyć, więc proszę cię, nie marudź, tylko się przebieraj. – W końcu odwróciłam się w stronę siostry, a moja mina chyba nie świadczyła o zadowoleniu, bo Dalia przewróciła tylko oczami i wskazała dłonią na całą moją sylwetkę. – Przecież nie musisz wciąż się tak ubierać, nie jesteś już w szpitalu. Kupimy ci normalną bieliznę, a nie te szmaciane staniki i babcine gacie. Jakieś ładne ubrania w żywych kolorach, żadnych szarości. Poczujesz się wtedy lepiej, zobaczysz.
Uśmiechnęła się i znów skinęła głową. Już jako dziecko tak robiła, gdy była podenerwowana, a chciała siebie przekonać, że postępuje słusznie. I najwidoczniej zostało jej to do dnia dzisiejszego.
Nic nie odpowiedziałam, tylko stałam w miejscu i wpatrywałam się w rzeczy uszykowane przez Dalię. Naprawdę nie potrafiłam pojąć, co za różnica w czym pojadę. Przecież i tak nie miałam zamiaru tam z nikim rozmawiać, nikogo poznawać. Zresztą, wolałam zostać w pokoju i poczekać na zachód słońca. Kolejny miniony dzień skracał moją bezsensowną egzystencję i sprawiał, że znajdowałam się bliżej końca.
Dźwięk otwieranych drzwi wyrwał mnie z zamyślenia. Odwróciłam głowę w stronę wyjścia, ale blondynka zdążyła już odejść. Tkwiłam jeszcze przez chwilę ze wzrokiem wbitym w swoje stopy. Odgarnęłam z czoła kilka niesfornych kosmyków i, przymykając oczy, podjęłam decyzję. Pośpiesznie podeszłam do łóżka. Nie dając sobie czasu na zwątpienie, czy też pochłonięcie się kolejnym myślom, ściągnęłam z siebie spodnie i koszulkę, po czym ubrałam te od Dalii. Tak, to były jej ubrania, których nie nosiła. W mojej garderobie gościły tylko szare i czarne dresy i do tego kilka rozciągniętych koszulek w kolorach doskonale odzwierciedlających stan mojego umysłu. Spodnie w kolorze malinowym zdecydowanie do mnie nie pasowały.
Zeszłam na dół i, jak na złość, niemal wpadłam na Daniela. Uniosłam niepewnie głowę i przełknęłam głośno ślinę. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, a on wyglądał, jakby coś chciał powiedzieć, ale ostatecznie zrezygnował. Zacisnął usta i odszedł, a ja wypuściłam powietrze ze świstem, uświadamiając sobie jednocześnie, że cały czas wstrzymywałam oddech. Spojrzenie Daniela miało w sobie coś takiego, że przebiło się przez otępienie spowodowane lekami i sprawiło, że poczułam niepokój. Czy on mnie nienawidził?
Dan! – Z jadalni wyszła Dalia, przeszukując z zapałem swoją torebkę. – Nie pozwól Emmie za długo siedzieć przed telewizorem i nie dawaj jej ciastek ani czekolady, jeśli nie zje obiadu!
Nie przesadzasz? – Daniel stanął w przejściu, które prowadziło do pokoi. Założył ręce na piersi i uniósł wysoko brwi. – Wiem, jak się zajmować własną córką.
Wiem, wiem... O, są! – Wyciągnęła z torebki kluczyki, podeszła do mężczyzny i zupełnie, ignorując jego nachmurzoną minę, musnęła jego usta. – Pa.
Bez słowa wyszłam za siostrą z domu, a gdyby nie chwyciła mnie za ramię i przyciągnęła do siebie, to zapewne przemokłabym w zaledwie kilka sekund. Nawet nie zarejestrowałam momentu, kiedy otworzyła parasol. Ba! W ogóle nie zauważyłam, żeby go miała przy sobie. Ale nie zadawałam pytań, dreptałam tuż obok Dalii, gdy ta mnie ciągnęła w stronę auta. Gdy tylko wsiadłam do środka, zdawało się, że deszcz przybrał na sile, o ile to w ogóle było możliwe.
Ulice świeciły pustkami, ale co się dziwić, skoro pogoda nie zachęcała do wychodzenia z domów, tylko moja siostrzyczka uparcie twierdziła, że trzeba jechać do galerii. Już tęskniłam za łóżkiem.
Oparłam głowę o szybę i gapiłam się w obraz za nią. Przez szaro-granatowe chmury, które przysłaniały błękit nieba i ścianę deszczu, która nie przestawała słabnąć nawet na kilka sekund, świat zdawał się być nieprzyjaznym, a wręcz wrogim miejscem. Ale w ogóle mi to nie przeszkadzało, a co najdziwniejsze, to nie dzięki lekom, tylko czułam się tak, jakby moja dusza należała do takiego ponurego miejsca.
– Blanka, czy... – Dalia zaczerpnęła głośno powietrze, po czym powoli je wypuściła. – Ostatnio jesteś jakaś nieswoja. Czy coś się stało?
Zerknęłam na siostrę, ale szybko odwróciłam wzrok. Potrząsnęłam głową. Co niby miałam jej powiedzieć? Że słyszałam ich rozmowę? A może o tym, że znów łykam prochy? Chociaż pewnie tego drugiego się domyśliła, stąd też jej pytanie.
– Koszmary – skłamałam i wzruszyłam ramionami w nadziei, że nie zechce drążyć tematu.
– Nadal cię dręczą? Och, słoneczko... Może chcesz odwiedzić psychologa? Trzy ulicę od nas przyjmuje jeden. Ma bardzo dobrą opinię.
Wbiłam niedowierzające spojrzenie w profil siostry. Czy ona mówiła poważnie? Przez dziesięć lat żaden psycholog i psychiatra mi nie pomógł, żadna terapia nie przyniosła pożądanego skutku, a jej się wydawało, że akurat ten lekarz coś zmieni. Rozumiałam, że chciała mi pomóc, ale powinna w końcu zaakceptować, że to nie było możliwe.
– Nie chcę – odpowiedziałam cicho, a Dalia tylko skinęła.
Po kilku kolejnych minutach zaparkowałyśmy auto przed galerią handlową, a uściślając, to siostra zaparkowała, bo ja nie potrafiłam nawet prowadzić. Zresztą, nie tylko tego nie zdążyłam się nauczyć, ale na przykład gotowanie nie było moją mocną stroną. Mama piekła pyszną szarlotkę, a do tego sama robiła lody. O kaczce w pomarańczach nie wspominając. Nawet nie wiedziałam, czy Dalia potrafiła przyrządzić kaczkę tak, jak robiła ją nasza mama.
Ale co tu się dziwić, że miałam braki, skoro nawet nie skończyłam szkoły.
Wychyliłam się za fotel po parasol, kiedy Dalia kolejny raz walczyła ze swoją torebką i tylko Bóg raczył wiedzieć, czego ona tam szukała. Może mojej piątej klepki?
Wysiadłam i okrążyłam samochód. Ustawiłam parasolkę częściowo nad swoją głową, a częściowo nad drzwiami od strony kierowcy. W końcu blondynka zdecydowała się opuścić auto, mrucząc coś pod nosem. Zatrzasnęła za sobą drzwiczki, skierowała w ich stronę pilot, a reflektory zamrugały radośnie, choć dźwięk włączenia alarmu zagłuszył deszcz uderzający o karoserię. Przejęła parasol i chwyciła mnie pod rękę. Z uśmiechem na ustach poprowadziła mnie w stronę szerokich, szklanych drzwi, które równie dobrze mogły być bramą do samych piekieł. I wiele się nie pomyliłam, bo gdy tylko przekroczyłyśmy próg budynku, na moje uszy napierał gwar rozmów przeplatany zbyt głośną muzyką, która zapewne miała umilać czas klientom. Wszędzie znajdowali się ludzie. Jedni wchodzili do sklepów, inni z nich wychodzili. Niektórzy siedzieli przy stolikach i jedli albo popijali kawę.
Schowałam dłonie w bluzę, bo nagle poczułam się niepewnie, a to zapewne dlatego, że znów widziałam zjawy przytwierdzone do ludzi. Mnóstwo zjaw. Zapewne gdyby nie leki, to trzęsłabym się jak osika na wietrze i wybiegłabym na deszcz, nie zważając na wołanie Dalii za sobą. Ale na szczęście, o ironio, przecież znów zaczęłam je brać.
Postanowiłam ignorować to, co widziałam. Zresztą tak, jak robiłam to od kilku, a może kilkunastu dni. Nie miałam pewności. Wszystkie zlewały się w jeden i straciłam rachubę, który mamy dzień miesiąca.
Wciągnęłam głęboko do płuc powietrze i pozwoliłam przeciągnąć się Dalii po wszystkich możliwych sklepach. Moja siostra na sam koniec postanowiła odwiedzić butik z bielizną. Twierdziła, że wybranie dla mnie odpowiedniej sprawi, że poczuję się pewniej. O ile kupno nowych majtek mogło pomagać na omamy...
Pierwsze na co zwróciłam uwagę w tym sklepie to to, że znajdował się tu dział zarówno damski, jak i męski. Perspektywa wybierania bielizny, kiedy jakiś koleś mógł patrzeć mi na ręce, nie należała do zachęcających, więc w ogóle nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego siostra wybrała akurat ten butik. Jednak moje niezrozumienie trwało tylko do momentu, aż Dalia przyprowadziła do mnie ekspedientkę, która okazała się jej dobrą koleżanką, a może nawet przyjaciółką.
Kobieta wyglądała na miłą i, jak się okazało, faktycznie taka była i doskonale znała się na swojej pracy. Zmierzyła mnie nie tylko wzrokiem, ale i tasiemką, a już po chwili razem z Dalią szukały dla mnie staników i pasujących do tego majtek. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zdałam sobie sprawy, kiedy wepchnęły mnie do przymierzalni i kazały rozebrać się od pasa w górę. Na szczęście żadnej nie przyszło do głowy, żeby pomóc mi przymierzać staniki, bo wtedy to już spłonęłabym ze wstydu, choć i tak moja twarz wyglądała jak piwonia w rozkwicie.
W końcu po trzydziestu minutach spędzonych na zakładaniu i ściąganiu kawałka bielizny mogłam wyjść z przymierzalni. Nie zdążyłam dobrze złapać oddechu, a Dalia już stała przy ladzie i machała do mnie, gdy jej koleżanka wbijała ceny na kasę i chowała skrawki materiałów do papierowej torby z logiem sklepu. I tak, zdecydowanie były to skrawki, bo jakoś wątpiłam, że majtki, które dla mnie wybrały, zakryją chociaż pół mojego tyłka.
Siostra pożegnała się gorąco z koleżanką, a ja ograniczyłam się do słabego, na dodatek wymuszonego uśmiechu i skinienia głową. Gdy już wychodziłyśmy, Dalia zatrzymała się gwałtownie, przez co prawie na nią wpadłam. Zamrugałam zdezorientowana, wpatrując się w plecy siostry, a po kilku sekundach przeniosłam wzrok na przyczynę jej postoju.
– Cześć. – Mężczyzna uśmiechnął się niepewnie i rozejrzał się po sklepie. – Dan jest z tobą?
N...nie. Jestem sama... Yyy... to znaczy z siostrą. – W głosie Dalii zdecydowanie pobrzmiewało zdenerwowanie, czym wywołała u mnie zaciekawienie. Nie zdążyłam się jednak nad tym dłużej zastanowić, bo odsunęła się i wskazała na mnie ręką, a następnie na niego. – Blanka, Jared.
– Hej. – Wyciągnął dłoń w moją stronę, a ja jak oczarowana podałam mu swoją, za co obdarzył mnie uśmiechem, który rozmiękczał kolana.
– To jest brat Dana. – Usłyszałam obok siebie.
– Wiem – odparowałam, nim zdążyłam ugryźć się w język.
– Skąd?
Są podobni. – Wzruszyłam ramionami, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Na moje szczęście Dalia tylko przytaknęła, bo faktycznie obaj wyglądali niemal identycznie. Może jedynie sylwetki mieli różne. Daniel był szczupły i smukły, a Jared barczysty, z wyraźnie zarysowanymi mięśniami pod czarną koszulką.
Nie da się ukryć. – Zaśmiał się krótko, nieco zmieszany, po czym przeczesał palcami włosy. – Co u Dana?
– W porządku. Awansował w pracy i teraz weekendy ma wolne, tak więc ma więcej wolnego czasu. A przede wszystkim jest zdrowy, bo jak złamał nogę, to nie szło z nim wytrzymać. – Dalia uśmiechnęła się i chyba nawet zrobiła to szczerze, choć nadal wyczuwałam w niej napięcie.
– A jak Emma? Ile ona już ma? Cztery latka?
– Za miesiąc skończy pięć. – Spojrzała na mnie dosłownie na ułamek sekundy, ale i tak zdążyłam zauważyć w jej oczach zastanawiające błyski. – Słuchaj, może przyjdziesz na urodziny?
Mina Jareda mówiła wszystko. Z pewnością nie spodziewał się takiej propozycji, zresztą ja też nie, zwłaszcza widząc jej reakcję na tego mężczyznę. Moja siostra coś kombinowała, tylko pytanie brzmiało co.
– To chyba nie jest zbyt dobry pomysł. Dan raczej się nie ucieszy na mój widok.
– Jesteś jego bratem. Poza tym nie masz przyjść do niego, tylko do Emmy i to ja cię zapraszam. Nie chcesz jej poznać?
– Jasne, że chcę. – Jared znów uniósł dłoń, ale tym razem potarł kark, a wyraz jego twarzy świadczył o toczącej się wewnątrz niego walce. W końcu jeden z jego kącików ust uniósł się nieznacznie ku górze, a rękę opuścił wzdłuż ciała. – Mieszkacie na obrzeżach, tak?
– Akacjowa sto pięć. – Dalia skinęła, po czym machnęła na mnie ręką. – Przyjęcie odbędzie się dwudziestego lipca. O dwunastej. Do zobaczenia.
– Cześć – odpowiedział nadal zaskoczony, a po chwili przeniósł na mnie spojrzenie. – Miło było poznać.
Też. – Jedno, jedyne słowo, które udało mi się z siebie wydusić.
Gdy zniknęłyśmy z jego pola widzenia, moja siostra zaczerpnęła głośno powietrza i zaczęła wachlować się dłonią, wcześniej oddając mi wszystkie torby z zakupami.
Jak tylko Daniel się dowie, że zaprosiła jego brata, to rozpęta się kolejna kłótnia. Jedynym pocieszeniem było to, że tym razem nie przeze mnie zapadną między małżeństwem ciche dni.

Nie wiem co mam powiedzieć na temat tego rozdziału, bo w sumie w ogóle go nie planowałam i wyszedł tak trochę spontanicznie, przez co mam co do niego strasznie mieszane uczucia. Z jednej strony zastanawiam się, co ja tak właściwie robię, że go publikuję, bo w sumie niewiele się tu dzieję, ale jednak z drugiej coś mi podpowiada, że on idealnie będzie pasować. Zostawiam więc Was z nim. Dziękuję za odwiedziny! A dla Ciebie Nessa, specjalne podziękowania za to, że po prostu zawsze jesteś (czy to tu, czy tam;)) i dzielisz się ze mną swoją opinią. Do następnego!