2017-07-27

Rozdział szósty

Blanka
W ogrodzie na tyłach domu Emma biegała z kolorowym latawcem, który w ogóle nie chciał się wzbić, ale mała nie dawała za wygraną, co mimowolnie wywoływało uśmiech na moich ustach. Uwielbiałam na nią patrzeć, gdy była taka radosna, wtedy sama czułam się lepiej i choć na kilka chwil potrafiłam zapomnieć o tym wszystkim, co mnie dręczyło.
Oderwałam spojrzenie od siostrzenicy i przeniosłam je na już zarysowaną kartkę; zastukałam w nią ołówkiem, jednocześnie przyglądając się uważnie każdej krzywej linii, która wyszła spod mojej ręki. Rysunek przedstawiał masywne drzwi bez zamka czy klamki, ale za to z małym, zakratowanym otworem, z którego wyłaniała się ćma. Zdecydowanie nie miałam pojęcia, dlaczego to narysowałam, choć wydawało mi się, że to coś więcej niż tylko obrazek. Przeciągnęłam palcem przy krawędzi narysowanych drzwi, jakbym dzięki temu mogła je otworzyć, choć przecież to było niemożliwe...
Kątem oka dostrzegłam jakiś ruch. Odwróciłam głowę w tamtą stronę, a tuż przy mojej twarzy pojawił się nie kto inny jak nocny motyl. Odłożyłam ołówek na stolik i uniosłam dłoń. Ćma bez oporów usiadła mi na palcu, po czym złożyła skrzydełka.
– Nadal do ciebie lgną? – Dalia podniosła wzrok znad listy zakupów na przyjęcie urodzinowe Emmy i przez dłuższą chwilę przyglądała mi się uważnie, a może ćmie...
– Cały czas. – Wzruszyłam ramionami, nie odrywając wzroku od stworzonka. – Jeśli nie biorę tabletek.
– Chyba nie uważasz, że owady wiedzą, kiedy jesteś na lekach, a kiedy nie? – Czułam na sobie jej wyczekujące spojrzenie, ale nic nie powiedziałam. Ona nie chciała szczerej odpowiedzi, a ja nie miałam zamiaru kłamać. Westchnęła cicho i przeniosła spojrzenie na Emmę, która potknęła się i wylądowała twarzą w trawie. Mała jednak nawet nie pisnęła, tylko podniosła się, otrzepała kolana i biegała dalej. – Jak się w ogóle czujesz?
– Pytasz, od kiedy nie biorę? – Poruszyłam dłonią, a ćma poderwała się do lotu, żeby usiąść na oparciu ogrodowego fotela, na którym siedziałam.
– Nie, Blanka. Pytam, jak się czujesz. – Dalia odwróciła twarz w moją stronę.
– Nie wiem – odparłam po chwili zastanowienia.
– A jak długo nie bierzesz? – zapytała cicho, niemal z obawą.
– Od czterech dni. Skończyły mi się. – Uśmiechnęłam się słabo, a ona wypuściła powietrze z aż za bardzo widoczną ulgą. – Teraz będziesz miała w domu wariatkę na pełen etat.
– Nie jesteś wariatką. – Wyprostowała się jak struna, a w jej oczach dostrzegłam iskierki świadczące o chęci walki, której ja nie miałam zamiaru podejmować.
– Powiedziałaś Danielowi o jego bracie? – zapytałam, chcąc zmienić temat, a przede wszystkim odciągnąć jej uwagę od mojej osoby. I chyba zadziałało, bo zamrugała zmieszana.
– Nie – odparła cicho, zupełnie jakby się tego wstydziła.
– Co jest z nim nie tak?
– Co? – Dalia otworzyła usta i gapiła się, nie rozumiejąc, o co mi chodzi.
– Daniel nie chce, żeby on tu przyszedł, tak? – Gdy blondynka skinęła, kontynuowałam. – Dlaczego? Przecież to jego brat.
– Bo... – Westchnęła ciężko i przygryzła dolną wargę. Pochyliła się nad stolikiem, upewniając się wcześniej, iż Emma nie usłyszy. – Jared był w więzieniu. Spędził tam chyba osiem lat. Pobił człowieka i tamten zmarł.
– Dlaczego? – Zmarszczyłam brwi i przekrzywiłam lekko głowę.
– Przecież mówię, że pobił kogoś...
– Nie – przerwałam jej w połowie. – Dlaczego pobił.
Dalia usiadła prosto i znów patrzyła na mnie, nie wiedząc, co powiedzieć. Otworzyła usta, ale znów je zamknęła.
– Nie wiem – odpowiedziała w końcu. Na jej czole pojawiła się poprzeczna zmarszczka świadcząca o konsternacji. – Dan nie wiedział, dlaczego to zrobił. Chyba, że mi nie powiedział, ale nie sądzę, żeby ukrywał powód...
Pokręciłam głową i oderwałam kartkę z rysunkiem, a następnie odłożyłam ją na stolik, tam gdzie leżały już inne. Przystawiłam rysik do czystej powierzchni, wpatrując się w nieskazitelną biel. Nie wiedziałam, czy siostra dalej chciała kontynuować rozmowę, ale dla mnie ona została zakończona. Dla ludzi to było takie typowe – oceniać bez dochodzenia dlaczego postąpili tak, a nie inaczej. Oczywiście w żaden sposób nie pochwalałam Jareda, że pobił kogoś i dlatego ta osoba zmarła, ale interesowało mnie, dlaczego to zrobił, a najwidoczniej Daniel miał to w głębokim poważaniu, zresztą jak i Dalia.
Poprowadziłam pierwszą linię, później kolejną. Kilka warstw grafitu zostawiłam w jednym miejscu, po czym przeniosłam koniec ołówka na drugą stronę. Nie zastanawiałam się nad tym, co powstaje pod moją ręką, tylko po prostu rysowałam. I o ile pewnie każdy by stwierdził, że moje rysunki napawały niepokojem, to jednak na mnie działały kojąco, a może sam proces tworzenia miał na mnie taki wpływ.
Usłyszałam trzeszczenie drobnego grysu na podjeździe i mimowolnie cała się spięłam. Jak w transie zsunęłam stopy na płytki tarasowe, po czym zgarnęłam kilka rysunków ze stolika. Dalia popatrzyła na mnie smutnymi oczami, ale na szczęście nic nie powiedziała.
– Będę na górze. – Posłałam jej słaby uśmiech i dosłownie po chwili uciekłam do salonu przez otwarte drzwi balkonowe, a później schodami do pokoju, nim Daniel wszedł do domu.
Jakoś nie miałam ochoty na spotkanie z nim, zwłaszcza gdy odczuwałam wszystko aż nazbyt wyraźnie, a w mojej pamięci wciąż tkwiła rozmowa z nim. Nie chciałam toczyć z nim wojny na słowa, spojrzenia, czy jeszcze innej, więc wolałam go unikać. Tak było po prostu bezpieczniej dla mnie i dla niego.
Westchnęłam cicho, zamykając za sobą drzwi. Blok razem z ołówkiem i rysunkami odłożyłam na biurko, a sama położyłam się na łóżku. Wzrokiem błądziłam po ścianach, ale nie widziałam tam nic interesującego. Ćma chyba zabłądziła gdzieś po drodze, bo nigdzie jej nie zauważyłam. Przygryzłam wewnętrzną stronę wargi i leżałam kilka długich minut w kompletnym bezruchu. Skupiałam się na samej sobie i towarzyszących mi odczuciach. Od rana towarzyszyła mi dziwna ekscytacja, co w moim przypadku zdarzało się nader rzadko, o ile nie w ogóle. I może też dlatego nie potrafiłam określić, skąd się brała, a przede wszystkim co oznaczała. Na pewno nie cieszyłam się na brak środków wyciszających w moim organizmie. Zdecydowanie wolałam, kiedy mgła otępienia opadała na mój umysł.
Przymknęłam powieki, robiąc jednocześnie głęboki wdech. Poczułam delikatny powiew i zmarszczyłam brwi. Nie przypominałam sobie, żebym otwierała okno, a też nie słyszałam, żeby ktoś do mnie wchodził. Uchyliłam nieco powieki i zesztywniałam. Jak w transie podniosłam się do pozycji siedzącej tylko po to, żeby szeroko otwartymi oczami wpatrywać się w miejsce, gdzie powinna znajdować się ściana. Zamiast muru widziałam pustkę, a w niej hulał czerwony wiatr, którego podmuchy co jakiś czas wpadały do pokoju, żeby omieść każdy kąt, przy okazji zahaczając o mnie. Wtedy też zdawało mi się, że słyszałam głosy, szepty. Odniosłam wrażenie, że ten wiatr stanowił żywy organizm, złączony z kilku istnień, które rozmawiały ze sobą. A może mówiły do mnie?
Zmusiłam się do wstania z łóżka, choć każdy mięsień mojego ciała ostro protestował. Starałam się zachować spokój, co, zważając na moją ostatnią wizytę w tym miejscu, graniczyło z cudem. Na szczęście drzwi były zamknięte, więc liczyłam na to, że żaden dwugłowy stwór się nie zjawi. Zacisnęłam zęby i dłonie, chcąc pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, które towarzyszyło mi, gdy potwór mnie obwąchiwał. Nie potrafiłam tak po prostu zapomnieć o spotkaniu z tym, mimo że wmawiałam sobie, iż to było wytworem mojego umysłu. Wciąż przebiegał mi po plecach zimny dreszcz na samo wspomnienie, a serce podejmowało szybszy bieg.
Wypuściłam powietrze przez usta, opanowując drżenie ciała i postawiłam kilka małych, niepewnych kroków w przód. Zupełnie jakby mój ruch mógł spowodować jakieś nieszczęście. Powoli rozejrzałam się po otoczeniu, każdemu centymetrowi pokoju poświęciłam kilka sekund, nie chcąc ominąć czegoś istotnego. Całość wyglądała jak mój pokój, który ktoś wyciągnął z koszmaru. Tam, gdzie powinno stać biurko, była dziura, zupełnie jakby coś ją wygryzło, zabierając ze sobą część podłogi i mebel, o całej ścianie nie wspominając. Ostrożnie podeszłam do krawędzi i spojrzałam w dół, czego niemal od razu pożałowałam. Gwałtownie cofnęłam się, a moje serce o mało co nie wyrwało się z piersi. Dotarłam do przeciwległej ściany i oparłam się o nią plecami. Oddychałam zbyt szybko i zbyt nerwowo, co groziło zemdleniem, a to zdecydowanie by mi w niczym nie pomogło.
Oblizałam bezwiednie wargi i ponownie ogarnęłam spojrzeniem całe pomieszczenie. Przyglądałam się zniszczonym ścianom, lewitującej komodzie, łóżku, które się rozsypywało i zastanawiałam się, gdzie tak właściwie wylądowałam. Ten świat w żaden sposób nie przypominał snu. Zresztą miałam pewność, że nie spałam. Możliwe, że to wszystko stworzył mój chory umysł, ale przecież wtedy nie byłabym tego świadoma.
Westchnęłam z ulgą, gdy zauważyłam ćmę, która leciała w moją stronę. Wyciągnęłam dłoń, a ona jak zawsze wylądowała na moim palcu, co podziałało na mnie kojąco. Nawet uśmiechnęłam się do niej słabo, niemal niezauważalnie, ale zdecydowanie poczułam się spokojniej. Wydała mi się dziwnie znajoma, więc chcąc się jej dokładnie przyjrzeć, przybliżyłam dłoń do twarzy, ale wtedy ćma poderwała się do lotu. Zawisła tuż przed moją twarzą i trzepotała zawzięcie skrzydłami. Oddaliła się o kilka centymetrów, po czym znów wróciła. Powtórzyła ten manewr kilkukrotnie, a ja uświadomiłam sobie, że ona chce, żebym za nią szła. Gdy tylko przesunęłam się do przodu, ona przestała zawracać, tylko frunęła przed siebie. Doleciała do krawędzi ściany i choć uważałam, że popełniam ogromny błąd, zważając na mój lęk wysokości, to sunąc palcami po murze, dotarłam do jego końca.
– Nie potrafię latać – wyszeptałam do ćmy, która znów podlatywała do mnie, a następnie się oddalała.
Spojrzałam w dół, ale niemal natychmiast poderwałam głowę, przylegając ciałem do ściany. Czerwony podmuch wpadł do pokoju, a ja znów usłyszałam szepty i mimo że nie rozumiałam, o czym mówią, to czułam, że chodziło im o mnie. Zupełnie jakby te głosy chciały, żebym zrobiła krok w przód, żebym poszła za ćmą. Przecież to wszystko nie było realne... Trwałam w majakach i nawet nie próbowałam się z nich wyrwać, bo mój głupi umysł wmawiał mi, że to wszystko działo się naprawdę.
Podniosłam wzrok na nocnego motyla, który tkwił na odległość wyciągniętej ręki. Odsunęłam się od ściany i stanęłam prosto tuż przy krawędzi.
– To tylko moja wyobraźnia... – Przełknęłam z trudem ślinę i zrobiłam krok w przód.
Na ułamek sekundy czas się zatrzymał, a gdy znów ruszył, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Zobaczyłam ćmę, która leciała w moim kierunku, poczułam na policzku muśnięcie jej skrzydeł, aż w końcu głośno jęknęłam po zderzeniu ze ścianą i upadku na podłogę.
Wstałam, rozglądając się po pokoju, który wyglądał po prostu zwyczajnie. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu i nie było żadnych dziur czy śladów po czerwonym wietrze. Jednak brak nocnego motyla mnie zaniepokoił. Wiedziałam, że coś zrobiłam nie tak, jak powinnam i dlatego on zniknął, a świadomość tego sprawiała swego rodzaju ból, jakbym kogoś zawiodła.
Pukanie do drzwi oderwało mnie od poszukiwania wzrokiem ćmy. Nie zdążyłam nawet się odezwać, a w szparze zobaczyłam twarz Dalii.
– Mogę na chwilę? – zapytała ściszonym głosem, a gdy przytaknęłam, uśmiechnęła się szeroko. – Mam coś dla ciebie.
Zmarszczyłam brwi, przyglądając się podejrzliwie pudełku, które trzymała w wyciągniętej w moją stronę dłoni.
– Co to? – Przechyliłam głowę to w jedną, to w drugą stronę, ale nic nie przychodziło mi na myśl.
– Otwórz, to się przekonasz. – Wepchnęła mi w dłonie kartonik, a uśmiech nie schodził jej z ust. Wpatrywała się w moje ręce, gdy obracałam w nich pudełko. – Przecież nie wybuchnie. Dalej, otwórz.
Wzięłam głęboki wdech i wykonałam polecenie. Otworzyłam szerzej oczy, po czym przeniosłam spojrzenie na siostrę.
– Telefon? – zapytałam bez entuzjazmu, a wtedy ona spochmurniała.
– Jeśli gdzieś pójdziesz albo będziesz chciała gdzieś zadzwonić...
– Przecież nie mam znajomych – przerwałam jej, a w jej oczach pojawił się smutek. Chciała dobrze, a ja jak zwykle to zniszczyłam. – Ale dziękuję, to miłe.
Dalia wymusiła blady uśmiech, w ogóle nieprzekonana moim podziękowaniem, a po chwili odwróciła się i po prostu wyszła. Miałam ochotę sama siebie walnąć. Czy ja naprawdę nie potrafiłam zachowywać się normalnie? Za każdym razem raniłam siostrę, choć wcale tego nie chciałam. Nieważne, co robiłam, co powiedziałam, zawsze sprawiałam jej przykrość, a przecież to Dalia była jedyną osobą, która mnie chciała.
Odłożyłam pudełko z komórką na biurko i ruszyłam w stronę drzwi. Gdy schodziłam po schodach, nasłuchiwałam odgłosów domu, ale też i jego mieszkańców. Zdawało mi się, że ktoś znajduje się w kuchni, więc podeszłam na palcach do wejścia, żeby sprawdzić, kto tam był.
Siostra stała bokiem do mnie i opierała się o blat szafki, a po jej policzku toczyła się łza. Zacisnęłam dłonie w pięści, jeszcze bardziej zła na siebie.
Dłużej nie zwlekając, stanęłam za Dalią. Obejmując ją w pasie, przytuliłam policzek do jej pleców. W pierwszym odruchu zesztywniała, ale zaledwie kilka sekund później się rozluźniła.
– Przepraszam – wyszeptałam, a ona zaczerpnęła głośno powietrze i odwróciła się, żeby spojrzeć mi w oczy. – Kocham cię.
– Ja ciebie też, siostrzyczko. – Mocno mnie przytuliła, a gdy się odsunęła, w jej spojrzeniu znów widziałam radość. – A teraz wyrzuć śmieci.
Uśmiechnęłam się do niej delikatnie, bo po prostu nie mogłam inaczej. Naprawdę ją kochałam, nawet jeśli zachowaniem i postawą tego nie pokazywałam. Cmoknęła mnie w policzek, po czym wyszła na ogród, a ja podeszłam do szafki, w której znajdował się kosz i tak, jak chciała Dalia, wyciągnęłam już pełen worek.
Kostka przed domem była nagrzana i strasznie głupim pomysłem okazało się wychodzenie na nią na boso. Przy każdym kolejnym kroku skakałam jak królik, bo dłuższe stanie gołą stopą w miejscu groziło poparzeniem – przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Odetchnęłam chwilę, gdy już dotarłam do kubła, bo tam rosły tuje, które dawały przyjemny cień. Wrzuciłam worek do pojemnika, a po moich plecach przebiegł zimny dreszcz. Wyprostowałam się gwałtownie, a wzrokiem błądziłam po najbliższych domach. W ustach mi zaschło, gdy moje spojrzenie natknęło się na motocyklistę, który sterczał po drugiej stronie ulicy. Tym razem też nie widziałam jego twarzy, bo zasłaniała ją przyciemniona szybka kasku, ale byłam pewna, że patrzył wprost na mnie.
Powoli wycofywałam się i nawet rozgrzana kostka przestała sprawiać mi dyskomfort. Po prostu chciałam jak najszybciej znaleźć się wewnątrz domu, oddzielając się od niego drzwiami, przez które nie mógłby mnie zobaczyć. Nawet nie próbowałam zgadywać, jakim cudem on tu trafił, ale co jednego miałam pewność – nie popadłam w żadną paranoję, a ten motocyklista mnie śledził. Bo jak niby inaczej wytłumaczyć jego obecność pod domem mojej siostry?
Ostatnie metry pokonałam biegiem, ale jeszcze zanim zamknęłam za sobą drzwi, spojrzałam w jego stronę, a on przekrzywił delikatnie głowę, uruchomił silnik i odjechał.

Chciałam napisać kilka słów dotyczących powyższego rozdziału, ale w sumie sama nie wiem, co by to mogło być. Powoli zbliżam się do wprowadzenia kilku scen, które mam już przygotowane tylko czekają na swoją kolej, a może i coś zacznie się więcej dziać, bo zdaję sobie sprawę, że jak na razie wszystko kręci się wokół zdrowia (albo i jego braku) psychicznego Blanki. No ale cóż... to w końcu ona opowiada tę historię. ^^
Dziękuję za opinie i odwiedziny :)