2017-09-30

Rozdział ósmy

Blanka
Balansowałam gdzieś na granicy snu i jawy. Miejsce, w którym się znalazłam nie przypominało ani jednego, ani drugiego. Podświadomie wiedziałam, że to było czymś, jakbym dostała się pomiędzy. Tylko że nie potrafiłam określić co znajdowało się po jednej, a co po drugiej stronie. Brakowało mi słów, żeby to nazwać, a może po prostu nie znałam odpowiedniego określenia, ale to miejsce było moim. Tu czułam się pierwszy raz od niepamiętnych czasów naprawdę bezpieczna.
Stąpałam więc po wąskiej ścieżce pogrążonej w gęstym mroku, a każdy kolejny krok mógł przynieść mi wolność albo zgubę. Świadomość istnienia możliwości utknięcia w tym dziwnym miejscu już na zawsze, powinna mnie przerażać, jednak nic takiego nie czułam. Byłam zaskakująco spokojna, choć wiedziałam, że na szali leżało moje życie, ale jednocześnie nie potrafiłam niczego racjonalnie wytłumaczyć – nawet przed sobą.
Odniosłam nieodparte wrażenie, że nie znajdowałam się tu sama. Jakby wciąż mnie ktoś obserwował i czekał. Tylko nie miałam pojęcia na co. Chwilami zdawało mi się nawet, że słyszałam szepty, choć może zawdzięczałam to mojemu umysłowi, który w ten sposób bronił się przed utknięciem samotnie w nicości.
Cały czas rozglądałam się dookoła, mimo że otaczała mnie nieprzenikniona ciemność i nawet na ułamek sekundy się nie zatrzymałam. Wciąż sukcesywnie przesuwałam się do przodu, a moje stopy intuicyjnie odnajdywały kierunek, w którym wiła się ścieżka, i choć jej nie widziałam, to dostrzegałam mrok... mrok, który dotykał mojej skóry w delikatnej pieszczocie, co wydawało się niezwykle naturalne i na miejscu. Zupełnie jakby był częścią mnie samej.
Uniosłam dłoń na wysokość oczu i zmarszczyłam brwi. Moja skóra miała kolor połyskującego grafitu, a paznokcie przypominały smoliście czarne szpony. Przyglądałam się uważnie jednej ręce, ale po chwili spojrzałam również na drugą. W końcu mój wzrok powędrował w dół i na moment zabrakło mi tchu. Byłam naga, a w dodatku moje ciało nie przypominało tego, które znałam.
Przesuwałam zbyt długim paznokciem po wzorach na brzuchu, które wspinały się na piersi i schodziły na uda. Po kierunku fioletowych linii doszłam do wniosku, że moje plecy również pokrywał niezwykły tatuaż.
Bezwiednie podniosłam wzrok, a wtedy dostrzegłam postać, która się do mnie zbliżała. Przystanęłam, a ona zrobiła to samo. Gdy ja ruszyłam, ona również. Przekrzywiłam delikatnie głowę i przyspieszyłam kroku. Zatrzymałam się oko w oko ze sobą, a konkretnie z moim lustrzanym odbiciem.
Wpatrywałam się w grafitową twarz i czarne oczy, gdzie nie było nawet śladu po jasnej tęczówce, a o białku nie wspominając. Jenak co innego przykuło moją uwagę. Ostrożnie uniosłam dłonie do czoła, chcąc sprawdzić, czy mieniący się fioletem kamień faktycznie znajdował się pomiędzy moimi brwiami. Przeciągnęłam ostrożnie palcem po gładkiej powierzchni, a po moim kręgosłupie przebiegł elektryzujący dreszcz.
Opuściłam ręce wzdłuż ciała i po prostu się na siebie gapiłam. Nie wyglądałam jak człowiek, bardziej przypominałam jednego z tych potworów, które nękały mnie w snach, a mimo to nie bałam się. Po prostu wiedziałam, że żadna krzywda mi się nie stanie.
Westchnęłam głośno i, przymykając powieki, ruszyłam do przodu. W chwili gdy złączyłam się z własnym odbiciem – przepadłam.
Zmusiłam się do uniesienia powiek, ale od razu tego pożałowałam i z powrotem je zacisnęłam, bo światło zakuło boleśnie. Spróbowałam jeszcze raz, ale wolniej, ostrożniej. Zamrugałam kilkukrotnie, chcąc przywyknąć do panującej w pomieszczeniu jasności.
Początkowo nawet nie drgnęłam. Wodziłam tylko zmęczonym wzrokiem po pokoju, w którym się znajdowałam. Uniosłam lewą dłoń do twarzy i z zaskoczeniem przyjęłam, że wyglądała zwyczajnie. Przez chwilę przyglądałam się wbitemu wenflonowi, po czym przesuwając spojrzeniem po plastikowym wężyku, dotarłam do kroplówki, która cały czas podawała mi jakiś płyn.
Wiele się nie zastanawiając, wyciągnęłam igłę, a na białe prześcieradło spadło kilka kropli krwi. Usiadłam na łóżku i odrzuciłam od siebie kołdrę. Przymykając powieki, wzięłam głęboki wdech, a moje płuca wypełniło powietrze o typowo szpitalnym zapachu. Odgarnęłam włosy z twarzy, zsuwając bose stopy na chłodną podłogę. Ostrożnie stanęłam na nogach, ale gdy zrobiłam pierwszy krok, zachwiałam się niebezpiecznie. Przytrzymałam się łóżka i czekałam, aż nagłe uczucie niemocy opuści moje ciało.
W końcu poczułam się lepiej, a wtedy oderwałam dłonie od materaca i stanęłam prosto. Jeden mały krok, drugi, trzeci... Powoli, ale udało mi się dotrzeć do drzwi. Nacisnęłam klamkę, która zaraz odskoczyła, gdy tylko ją puściłam. Wyjrzałam na korytarz, ale nikogo nie było. Przełknęłam głośno ślinę, zastanawiając się, co tak właściwie powinnam zrobić. Jak przez mgłę pamiętałam Jareda, który wisiał nade mną i starał się pomóc... Jego oczy przepełnione strachem o mnie...
Przyłożyłam dłoń do brzucha i poczułam pod cienkim materiałem szpitalnej koszuli opatrunek, choć ból, który powinien mi towarzyszyć – zniknął. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, właściwie dlaczego. Rany, które to coś mi zadało, były głębokie i długie. Nie mogły się zagoić od tak.
Spojrzałam przez ramię na łóżko i zacisnęłam zęby. Może minęło kilka lat w ciągu których właśnie tu leżałam?
Zamrugałam szybko, chcąc powstrzymać napływające do oczu łzy. Otworzyłam szerzej drzwi i po porostu szłam przed siebie, nie zwracając większej uwagi na to, że zostawiałam za sobą ścieżkę z krwi, która nie przestawała skapywać z mojej dłoni.
– Sophie, daj wózek! Szybko! – Podniosłam głowę, chcąc spojrzeć na kobietę, która biegła w moją stronę. – Nie powinnaś wstawać. Mogłaś zrobić sobie krzywdę.
Pielęgniarka chwyciła mnie za ramię i zmusiła, żebym się zatrzymała. Popatrzyłam na nią niezbyt przytomnym wzrokiem, na co tylko pokręciła głową z dezaprobatą. Otworzyłam usta, ale co tak właściwie miałam powiedzieć?
Przymknęłam powieki, spod których wypłynęły pierwsze łzy, a kobieta pomogła mi usiąść na wózku inwalidzkim.
– Zawołaj, proszę, doktora Thomasa. – Poczułam dotyk na policzkach, a gdy otworzyłam oczy, ona kucała tuż przede mną z delikatnym uśmiechem na ustach. – Wszystko jest w porządku. Masz prawo być skołowana i słaba. Straciłaś dużo krwi, ale z czasem odzyskasz siły.
– Ja... – Boleśnie przygryzłam dolną wargę. – Długo byłam nieprzytomna?
– Och, kilka godzin. – Pielęgniarka podniosła się do pionu i popchnęła wózek w kierunku sali, z której wyszłam. – Wczoraj cię przywieźli.
Na te słowa odetchnęłam w duchu z ulgą, choć zacisnęłam palce na własnych kolanach. Nie ominęło mnie znów pół życia – to była dobra wiadomość; natomiast zła wydawała się ta, że znalazłam się w szpitalu... sama...
Z moich ust wydobyło się ciche westchnienie. Bezwiednie uniosłam dłoń i przeczesałam splątane włosy palcami. Nie miałam tak naprawdę pewności, co się wydarzyło, a to co pamiętałam... no cóż... mogło się okazać jakąś halucynacją i opowiadając o tym, tylko pogorszyłabym swoje położenie. Może jeszcze wczoraj rano chciałam wrócić do psychiatryka, gdzie się odnajdywałam, ale spotkanie z Jaredem zmieniło wszystko.
Zamieniłam z tym mężczyzną zaledwie parę słów, kilka razy spojrzeliśmy sobie w oczy... I to wystarczyło, żebym nabrała nadziei, że ktoś mógł traktować mnie normalnie, a nie jak lalkę z porcelany.
Gdybym tylko przestała widzieć te rzeczy...
Pielęgniarka zatrzymała wózek i, podtrzymując mnie za łokieć, pomogła położyć się z powrotem na łóżku. Przykryła mnie kołdrą, a jej wzrok skupił się na mojej dłoni, która ubabrana była krwią. Nawet nie wiedziałam skąd to wzięła, ale kobieta na szafce położyła gazę i bandaż, po czym mnie opatrzyła.
– Jak się czujesz? – zapytała łagodnym tonem, przenosząc wzrok na kroplówkę.
– Chyba dobrze – odpowiedziałam cicho, ale zgodnie z prawdą.
– Nie kręci ci się w głowie? – Zerknęła na mnie przelotnie, po czym popatrzyła na podłogę, gdzie skapujący płyn z kroplówki zdążył zebrać się w małą kałużę. – A może masz mdłości?
– Nie. Jest w porządku. – Skinęłam dodatkowo głową i wskazałam dłonią na podłogę. – Przepraszam za to.
– Och, nie przejmuj się. – Pielęgniarka uśmiechnęła się delikatnie, a w jej oczach widziałam serdeczność.
– Dzień dobry. – Do sali wszedł starszy mężczyzna w białym fartuchu, ale nawet na mnie nie spojrzał, tylko wpatrywał się w teczkę, którą trzymał w dłoniach. – Nazywam się Thomas Mayers i jestem pani lekarzem.
– Dzień dobry. – Mój głos wydał mi się zaledwie szeptem, ale doktor chyba usłyszał, bo skupił na mnie wzrok, a wtedy pielęgniarka pokrótce opowiedziała mu o tym, co się wydarzyło jeszcze parę minut temu.
– Jak teraz się pani czuje? – Mężczyzna wyciągnął z kieszeni małą latarkę, którą poświecił mi prosto w oczy, po czym zamienił ją na stetoskop i mnie osłuchał. – Głęboki wdech. Przetrzymać. Wydech. Jeszcze raz.
Spełniałam polecenia lekarza bez zająknięcia. Gdy skończył powierzchniowe sprawdzenie stanu mojego zdrowia, wyciągnął dłoń w stronę pielęgniarki, która bez słowa podała mu rękawiczki.
– Podciągniemy koszulę, żeby doktor mógł zobaczyć szwy – poinformowała mnie kobieta, po czym chwyciła za koniec materiału. Musiała zobaczyć panikę w moich oczach, bo uśmiechnęła się pokrzepiająco i pochyliła się nade mną. – Masz na sobie bieliznę.
Wypuściłam powoli powietrze, które nieświadomie wstrzymałam. Położyłam się wygodniej i nieco się rozluźniłam. Podłożyłam rękę pod głowę, chcąc widzieć co to coś mi zrobiło. Nie tylko lekarz wyglądał na zaskoczonego, bo oczy pielęgniarki i również moje rozszerzyły się w niemym zdziwieniu, gdy mężczyzna ściągnął z mojego brzucha opatrunek.
– To niemożliwe... – wyszeptał doktor, przeciągając palcami po każdej z trzech, zasklepionych już, ran. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, po czym znów przeniósł wzrok na brzuch. – Wygląda na to, że wszystko się zagoiło.
– Ponoć trafiłam tu wczoraj...? – Bardziej zapytałam niż stwierdziłam. Podźwignęłam się do pozycji siedzącej i przyglądałam się swojemu brzuchowi, rozciągając przy tym skórę palcami. – Straciłam dużo krwi...
– Nie wiem, co mam powiedzieć. – Lekarz podrapał się po siwej, gęstej brodzie. – Sam panią zszywałem. Chyba możemy uznać, że to cud.
Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem, ściągnął rękawiczki, które wrzucił do kosza i po prostu wyszedł, a pielęgniarka za nim.
Siedziałam z otwartymi ustami, niezdolna do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Zupełnie jakbym dostała czymś ciężkim po głowie. Potrzebowałam dłuższej chwili, aby oswoić się z całą sytuacją, która wydawała się być po prostu absurdalną. Jednak mimo wszystko nie odczuwałam strachu, a powinnam... powinnam być cholernie przerażona tym, co się wydarzyło, tym co widziałam, a przede wszystkim tym, że nic z tego wszystkiego nie rozumiałam... A mimo to czułam się zwyczajnie.
W porządku... Na pewno dostałam leki przeciwbólowe, ale przecież doskonale znałam stan, który towarzyszył mi od tylu lat, gdy jakiekolwiek środki odurzające krążyły w moich żyłach, lecz tym razem czułam się zupełnie inaczej. Nawet nie potrafiłam opisać tego słowami... Byłam świadoma aż do bólu. Każda komórka w moim ciele wiedziała, że coś się zmieniło... że ja się zmieniłam, choć nie potrafiłam odnaleźć w sobie tej zmiany. Całe moje dotychczasowe życie wydawało się wręcz przerażająco zagmatwane, ale jednocześnie proste; przyszłość była niepewna, ale jednocześnie jasna i przejrzysta.
Wypuściłam powietrze przez usta i ściągnęłam koszulę w dół, po czym opadłam na poduszkę. Z wahaniem uniosłam dłonie do twarzy. Dotknęłam miejsca pomiędzy brwiami, lecz tym razem pod palcami nie wyczułam chłodnej powierzchni kamienia, co w jakiś pokręcony sposób przyniosło mi rozczarowanie.
Przymknęłam oczy i jak na zawołanie zobaczyłam siebie w zupełnie innej odsłonie. Pamiętałam każdy najmniejszy szczegół, ale mimo to nie rozumiałam, co tak właściwie widziałam, a przede wszystkim dlaczego. I czym dłużej się nad tym zastanawiałam, tym większy mętlik miałam w głowie. Jednak moje rozmyślania przerwały odgłosy kroków.
Podniosłam się na łokciach i wpatrywałam się w dwóch mężczyzn, których nie znałam, a na pracowników szpitala nie wyglądali. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, jeden z nich wyciągnął z kieszeni odznakę i, pochodząc bliżej, pokazał mi ją.
– Dzień dobry. Komisarz Mirrsen, a to komisarz Firth. – Wskazał głową na drugiego mężczyznę. – Otrzymaliśmy informacje od doktora Mayersa, że się pani obudziła i jest w znacznie lepszym stanie niż wczoraj.
– Ale o co chodzi? – Zmarszczyłam brwi, kolejny raz nic nie rozumiejąc.
– Proszę opowiedzieć co się stało.
– Nie powiem nic, dopóki nie dowiem się, o co chodzi. – Zacisnęłam palce na kołdrze z ledwością panując nad złością, którą nieoczekiwanie poczułam.
Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia, a przez mój kręgosłup przebiegł zimny dreszcz. Miałam złe przeczucia, ale zupełnie nie spodziewałam się tego, co mieli mi do powiedzenia.
– Mamy informacje, że zaatakował i poważnie zranił panią, Jared Caine.
Wpatrywałam się w Mirrsena szeroko otwartymi oczami z niedowierzaniem. Na zmianę to otwierałam, to zamykałam usta, przez co musiałam wyglądać jak ryba wyciągnięta z wody.
– Coś pani pamięta? – Tym razem odezwał się Firth, przesuwając się bliżej łóżka. – Każdy szczegół może być istotny. On się wszystkiego wypiera, ale...
– Bo on nic mi nie zrobił – przerwałam mężczyźnie i nawet nie starałam się ukryć złości, która kłębiła się wewnątrz mnie i aż prosiła się o uwolnienie. – Jak w ogóle możecie... W ogóle skąd taki pomysł?
– Spokojnie. Mamy świadków...
– Niby jakich?! – Znów przerwałam komisarzowi, tylko tym razem nawet we własnych uszach zabrzmiałam ostrzej, przez co nie wyglądał na zadowolonego, ale miałam to gdzieś. – Mojego szwagra? Przecież on jest uprzedzony do Jareda. A może moja siostra? Żadne z nich nie było z nami. I powtarzam, Jared nic mi nie zrobił.
– W takim razie proszę powiedzieć, co się wydarzyło. Trafiła pani do szpitala ledwo żywa.
– To był wypadek. – Westchnęłam poirytowana, a wymyślenie historyjki, która mogła wytłumaczyć to, co mi się przydarzyło, przyszło mi z niezwykłą łatwością. – Niosłam kubek z kawą. Może był wyszczerbiony, a może po prostu to przez wrzątek, ale pękł. Wystraszyłam się i go upuściłam. Do tego się potknęłam i upadłam na niego.
– Sugeruje pani, że te rany, to przez popękaną porcelanę? – Jeden z mężczyzn uniósł wysoko brwi, a jego spojrzenie mówiło, że nie wierzył w ani jedno moje słowo.
– Ja nic nie sugeruję. – Odrzuciłam kołdrę i ostrożnie wstałam. Wiele się nie zastanawiając, podciągnęłam szpitalną koszulę, aby pokazać policjantom brzuch. – Czy to panom wygląda na atak, czy może jednak na zwykłe skaleczenia?
Poczułam dziwną satysfakcję, gdy Mirrsen spuścił wzrok, delikatnie się czerwieniąc, a Firth patrzył wprost na ślady po zasklepionych ranach z wymalowanym szokiem na twarzy. Powstrzymałam się od złośliwego uśmieszku, co w ogóle nie było do mnie podobne – przecież ja się nie uśmiechałam, a tym bardziej nie złośliwie.
Westchnęłam ciężko i zsunęłam materiał, z powrotem zasłaniając swoje ciało, a mężczyźni kolejny raz wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
– Kiedy wyjdzie pani ze szpitala, konieczna będzie wizyta na posterunku, żeby złożyć oficjalne zeznania – zaczął Mirrsen, ale ja tylko pokręciłam w zaprzeczeniu głową. Aż za dobrze wiedziałam jak takie sprawy później się ciągnęły, a ja nie chciałam tego ani dla siebie, ani dla Jareda. On na to nie zasłużył, i nieważne było, co sądzili wszyscy dookoła
– Żadnych zeznań. Chcę, aby oskarżenie zostało wycofane. – Mężczyzna otwierał już usta, a ja znów poczułam w sobie złość i nieoczekiwaną pewność siebie. – To ja tu jestem poszkodowaną, tak? On mi nic nie zrobił i będę to powtarzać, aż w końcu do was to dotrze. Nie mam zamiaru brać udziału w cyrku, który próbujecie rozkręcić. To jest moje oficjalne stanowisko. Do widzenia.
Zacisnęłam dłonie w pięści i nie spuszczałam wzroku z Mirrsena, który wyglądał na zaskoczonego. Czułam, że nie był zadowolony z mojego stosunku do ich obecności, a przede wszystkim z tego, że broniłam Jareda, jednak nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Chciałam, żeby po prostu dali mu spokój.
W końcu komisarz odwrócił głowę w stronę Firtha, a ten mu tylko skinął i oboje wyszli. Gdy zamknęli za sobą drzwi, kolana pode mną się dosłownie ugięły, a moje serce o mało co nie wyrwało się z piersi. Cała odwaga po prostu wyparowała, pozostawiając po sobie uczucie niepewności i zagubienia. Dłonie zaczęły mi drżeć, a żółć z żołądka podchodziła do gardła. Chyba tylko cudem nie zwymiotowałam sobie pod stopy. Oczy piekły od napływających łez, a uczucie beznadziei rozchodziło się po mojej duszy jak trucizna.
Usiadłam na łóżku. Twarz ukryłam w dłoniach i starałam się po prostu oddychać, co okazało się niezwykle trudne, ale tylko przez chwilę. Poczułam w sali znajomą obecność, przez co poderwałam głowę, wstrzymując przy tym oddech. Kąciki moich ust same uniosły się delikatnie ku górze, gdy przede mną pojawiła się ćma.
Bezwiednie wyciągnęłam przed siebie nadal drżącą rękę, a biały motyl przysiadł na moim palcu. Wszystkie niedogodności – zarówno fizyczne jak i psychiczne – zniknęły. Odetchnęłam z ulgą, bo wiedziałam, że byłam bezpieczna.

Przepraszam... Naprawdę chciałam, żeby ten rozdział pojawił się znacznie szybciej, ale po prostu nie potrafiłam go poskładać. Teraz jest, choć mam do niego wiele wątpliwości, jednak musiał się pojawić. Mimo wszystko mam nadzieję, że dało się go przeczytać, a jeśli się w nim trochę pogubiliście i wydał się zagmatwany, to w sumie dobrze. Ale jeśli nie, to muszę go przemyśleć i napisać jeszcze raz. :)
Jak zwykle dziękuję wszystkim za komentarze i wyświetlenia. Wiem, że to oklepane i każdy praktycznie to powtarza, ale naprawdę Wasze słowa i obecność jest bardzo motywująca, a przede wszystkim wywołuje u mnie uśmiech.
Do następnego! (^_^)