2018-02-16

Rozdział jedenasty

Blanka
Wpatrywałam się w czerwoną kropkę na wyświetlaczu komórki, która wskazywała, iż dotarłam na miejsce. Wzięłam głęboki wdech i podniosłam wzrok na szarą kamienicę. Moje serce przyspieszyło ze zdenerwowania, ale jednak w dole brzucha zatrzepotały motyle skrzydła. Przygryzłam dolną wargę i, rozglądając się po ulicy, przebiegłam na drugą stronę.
Przed wejściem do budynku spojrzałam jeszcze na telefon, który zaczął wibrować w mojej dłoni. Dalia kolejny raz próbowała się do mnie dodzwonić, ale i tym razem nie zamierzałam odebrać połączenia. Wcisnęłam urządzenie do kieszeni spodni i z zaledwie sekundowym wahaniem pchnęłam drzwi.
Znalazłam się w wąskim korytarzu z mrugającą lampą nad głową. Jej słabe, żółte światło rzucało cienie na zniszczone kafle, które zdobiły nie tylko podłogę, ale i ściany na wysokość około półtora metra. Ich zielonkawy kolor ni jak komponował się z brudnym brązem farby, która odpadała razem z tynkiem. Całe to otoczenie napawało mnie niezrozumiałym lękiem, który skutecznie zastąpił wcześniejsze zdenerwowanie wymieszane z podnieceniem.
Przełknęłam z trudem ślinę i podeszłam do skrzynek na listy, ale nie znalazłam na nich nazwisk, tylko same cyfry. Cofnęłam się do drzwi z nadzieją, że był tam domofon, który po prostu przeoczyłam, ale okazało się, że go zwyczajnie nie było.
Starałam się sobie przypomnieć, czy w aktach policyjnych prócz numeru budynku widniał również numer mieszkania, ale nie potrafiłam. Miałam w głowie totalną pustkę. Wypuściłam powietrze przez usta, co w żaden sposób mi nie pomogło, tylko jeszcze mocniej zestresowało.
Wzdrygnęłam się, gdy drewniane schody zaskrzypiały. Odwróciłam się w kierunku owego dźwięku, a mój wzrok spoczął na staruszku, który podtrzymując się balustrady, schodził stopień po stopniu. Z chwilą dotarcia na sam dół, podniósł na mnie podejrzliwe spojrzenie.
– Nie znam cię. – Wskazał na mnie drżącą dłonią, mlaskając przy tym kilka razy.
– Przyszłam do Jareda Caina, ale nie wiem które mieszkanie – odparłam niepewnie, a wtedy mężczyzna rozpogodził się.
– Bardzo miły chłopak, uczynny. – Postąpił kilka kroków w moją stronę i ponownie mlasnął. – Mieszka na samej górze.
Skinęłam lekko głową, po czym wyminęłam staruszka. Schody pokonałam niemal biegiem, biorąc po dwa stopnie, a nawet zdarzało się, że po trzy. Piętro trzecie okazało się ostatnim. Tutaj klatka schodowa prezentowała się ciut lepiej – światło nie mrugało, a na ścianie wisiały dwie paprotki, które odciągały wzrok od ohydnego brązu.
Budynek zdecydowanie lepiej prezentował się, gdy stałam na chodniku po drugiej stronie ulicy. Mimo że w środku nie było brudno, a w powietrzu unosił się jakiś kwiatowy zapach, to i tak nie czułam się tutaj dobrze. Może popełniłam błąd przychodząc?
Zacisnęłam dłonie w pięści, niemal przebijając paznokciami skórę, ale już po chwili wyprostowałam palce. Skoro już tu byłam, to musiałam... chciałam porozmawiać z Jaredem. Stanęłam naprzeciw jedynych drzwi, znajdujących się na tym pietrze. Dla pewności odwróciłam się przez ramię, ale tylko upewniłam się, że miejsce, gdzie kiedyś znajdowało się inne wejście, zostało zamurowane.
Zadrżałam mimowolnie, bo nagle zrobiło mi się zimno, a na całym moim ciele pojawiła się gęsia skórka. Rozejrzałam się w poszukiwaniu... sama nie wiedziałam czego. Chłopca bez oczu? Wściekłego stwora? A może czyjejś duszy tkwiącej w ścianie? Zacisnęłam zęby, gdy wokół mnie jakby zrobiło się ciemniej, a pod skórą poczułam ruch.
Wstrzymując oddech podeszłam jeszcze bliżej drzwi i zapukałam. Stałam nieruchomo z nadzieją, że za chwilę wszystko wróci do normy, a ja nie przeniosę się do Limbo. Jednak oddychało mi się coraz trudniej, a gdy spojrzałam na swoje ręce, zobaczyłam czarne linie, które przesuwały się leniwie to w jedną, to w drugą stronę i na zmianę powiększały się i zmniejszały.
Nerwowym ruchem naciągnęłam rękawy bluzy na dłonie, gdy usłyszałam szczęk przekręcanego zamka. Poderwałam głowę, a mój wzrok napotkał zaskoczone spojrzenie czekoladowych oczu. Przełknęłam z trudem ślinę, starając się przy tym uśmiechnąć i nieco rozluźnić, co zdecydowanie mi się nie udało.
– Cześć – wychrypiałam niewyraźnie.
Jared przełknął to, co właśnie jadł, po czym wierzchem dłoni otarł usta. Jednak nadal nic nie mówił, tylko się we mnie wpatrywał, aż w końcu spuściłam wzrok. I to był błąd.
W pierwszej chwili zapomniałam, że powinnam oddychać. Gapiłam się z otwartą buzią na półnagiego faceta, a moje policzki robiły się coraz cieplejsze. Zamrugałam już mocno speszona, robiąc niewielki krok w tył.
– Blanka. – W jego głosie usłyszałam wyraźną nutę niepewności, co sprawiło, że znów spojrzałam mu w oczy. – Co tu robisz?
– Emm... – Oblizałam bezwiednie usta, a po plecach przebiegł mi zimny dreszcz. Włoski na karku stanęły mi dęba, gdy poczułam czyjś oddech na skórze. Nie odważyłam się odwrócić, ale kiedy patrzyłam na Jareda, wiedziałam, że za mną nikt nie stał. – Przyszłam podziękować i przeprosić.
Wpatrywałam się w mężczyznę przede mną, który jakby oceniał czy powinien mi wierzyć. Nie zdziwiłabym się, gdyby doszedł do wniosku, że lepiej dla niego byłoby zamkniecie drzwi i zapomnienie, że w ogóle przyszłam. Jednak on po prostu odsunął się na bok.
– Wejdź.
Uśmiechnęłam się do niego nieśmiało i, znów spuszczając wzrok, weszłam do mieszkania. Niemal zachłysnęłam się powietrzem, gdy minęłam Jareda. Nie wiedziałam czy to przez zapach towarzyszący mężczyźnie, czy jednak przez szarpnięcie gdzieś wewnątrz siebie, które mimo wszystko nie wywołało bólu, a jedynie lekką dezorientację.
Przysięgłabym, że na krótką chwilę czas się zatrzymał, a wtedy coś się ode mnie oderwało i cofnęło się na klatkę schodową. Automatycznie odwróciłam się w tamtą stronę, a moje spojrzenie spoczęło na zarysie postaci stworzonym z mgły wymieszanej ze światłem. Mrugnęłam, a czas znów zaczął płynąć.
Wydawało się, że Jared niczego nie zauważył i po prostu zamknął drzwi, oddzielając mnie od tamtej istoty, co przyniosło mi swego rodzaju ulgę – jakby wszystkie negatywne odczucia zniknęły razem z nią.
Zrobiłam głęboki wdech, zdając sobie dopiero sprawę, że przecież znalazłam się w mieszkaniu tak naprawdę obcego faceta, a na dodatek nikt o tym nie wiedział. Na domiar złego zamiast odebrać od Dalii telefon, gdy dzwoniła, to wciąż ją ignorowałam, bo jakaś chora część mnie twierdziła, że ona na to zasłużyła.
Moje serce podjęło szybszy rytm, gdy Jared przechodząc obok, otarł się o mnie ramieniem. Przełknęłam z trudem ślinę i nieśmiało podniosłam na niego wzrok.
– Idziesz? – Spojrzał na mnie przez ramię, unosząc wysoko brwi.
– Yhm... – mruknęłam i, zakładając kosmyk włosów za ucho, zsunęłam trampki z nóg. Ustawiłam je równo obok butów Jareda i wtedy też zauważyłam, że moje dłonie wyglądały zupełnie normalnie. Wyprostowałam się i ruszyłam w głąb mieszkania, zaplatając ręce na piersi. – Nie chciałabym ci przeszkadzać, jeśli jesteś zajęty...
– Nie jestem – odparł, przerywając mi napiętym tonem, ale po chwili odetchnął głęboko, i ściągając ręcznik z oparcia kanapy, uśmiechnął się lekko. – Po prostu nie spodziewałem się... gości.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem, choć wcale tak nie było. Podświadomie wiedziałam, że stanowiłam dla niego problem. Przeze mnie miał nieprzyjemności, a moja obecność w jego mieszkaniu mogła przynieść mu kolejne kłopoty. Przynajmniej sądziłam, że on tak myślał, bo przecież to wydawało się naturalnym odruchem kogoś z taką przeszłością.
Nawet nie zauważyłam kiedy zostałam sama. Korzystając z okazji, rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym się znalazłam. Ogromny pokój z aneksem kuchennym prezentował się zachęcająco. Może nie był ani tak przytulny, ani nowoczesny jak te z magazynów Dalii, ale miał w sobie to coś. Tego odczucia nie psuło nawet urządzenie do ćwiczeń, które stało w kącie – powiedziałabym, że pasowało idealnie do surowego wystroju tego miejsca.
Powiodłam wzrokiem po wysokim suficie, przyglądając się zdobieniom przy łączeniach ze ścianami. Nawet one, choć z innych czasów, komponowały się z całością idealnie. W takim miejscu mogłabym mieszkać.
– Co tak stoisz? – Wzdrygnęłam się na głos Jareda, a w kolejnej sekundzie na moich policzkach rozlał się rumieniec. – Siadaj.
Znów zmieszana ostrożnie podeszłam do dużego narożnika. Spojrzałam na niską ławę, po czym przeniosłam wzrok na Jareda, który właśnie się wygodnie rozsiadł.
– Chyba ci jednak przeszkodziłam. – Wskazałam głową na karton z pizzą i butelkę.
– Co ty. – Sięgnął po piwo. – Trafiłaś idealnie na obiad, a raczej kolację. Masz ochotę?
– Nie, dziękuję – odparłam nieśmiało, a wtedy moje własne ciało postanowiło mnie zdradzić i głośno zaburczało mi w brzuchu.
– A co do picia? –  Jared zaśmiał się i wstał. – Kawę? Herbatę? Soku?
– Naprawdę nie trzeba... – Odwróciłam się w stronę kuchni, w której on już był i właśnie posyłał mi minę, która mówiła jasno, że nie przyjmie odmowy. – Soku.
– Świetnie – odparł krótko, a ja zrezygnowana usiadłam.
Ułożyłam dłonie płasko na kolanach i poruszałam nieustanie palcami. Przestałam dopiero, gdy Jared postawił na ławie przede mną szklankę i talerzyk. Podniosłam na niego spojrzenie, ale niemal od razu odwróciłam wzrok. Przygryzłam dolną wargę, walcząc sama ze sobą i ze swoimi myślami.
– Czy mógłbyś się ubrać? – wypaliłam, czerwieniąc się jak piwonia w rozkwicie.
Spojrzałam na Jareda, który spoglądał na mnie spod uniesionych brwi z przystawioną do ust butelką, którą próbował zamaskować uśmiech, co niezbyt mu się udało. W końcu odstawił piwo na ławę i wstał. Gdy wychodził z pokoju, ja nie odrywałam wzroku od jego pleców. Mięśnie tańczyły pod skórą przy każdym kroku, ale bardziej niż jego ciało fascynowały mnie tatuaże, które je zdobiły.
Na pierwszy rzut oka nic ich ze sobą nie łączyło – jakieś napisy w nieznanym mi języku, sylwetki zwierząt, czyjaś twarz i czaszka, pióra, nawet smok. Jednak między tymi wszystkimi obrazami przewijały się dziwne znaki, które wydawały się być znajome. Niestety nie potrafiłam odnaleźć w pamięci czegokolwiek, co naprowadziłoby mnie na odgadniecie ich znaczenia.
– Nie jesz?
Zamrugałam wyrwana z zamyślenia i podniosłam wzrok na Jareda, który wchodząc do salonu, wciągał przez głowę koszulkę. Dopiero teraz zauważyłam, że na jego szyi wisiał rzemyk z czerwonym kryształkiem. Przekrzywiłam głowę, chcąc przyjrzeć się wisiorkowi, ale w kolejnej sekundzie zniknął pod ciemnym materiałem.
Gdy Jared siadał na kanapie, ja sięgnęłam po kawałek pizzy, a wtedy on się uśmiechnął i zrobił to samo. Przez kilka minut po prostu jedliśmy, w ogóle się nie odzywając, ale nie przeszkadzało mi to. Dobrze się czułam w jego towarzystwie, a początkowy niepokój po prostu zniknął.
Przełknęłam kęs pizzy i, robiąc głęboki wdech, spojrzałam na Jareda, który jakby to wyczuł, podniósł na mnie wzrok.
– Dziękuję za... – przerwałam, bo głos mi się załamał. Odchrząknęłam i na moment przymknęłam powieki, a gdy je uniosłam, słowa same wypłynęły z moich ust. – Dziękuję za uratowanie życia i przepraszam za policję. Dalia nie powinna wskazywać na ciebie, skoro jej tam nie było i nie widziała co się stało.
Jared skinął mi głową. Sięgnął po butelkę, z której wziął spory łyk, po czym odstawił ją na blat i zaczął odrywać nalepkę od szkła. Wyglądał jakby się nad czymś poważnie zastanawiał, a ja podświadomie wiedziałam, co mu chodziło po głowie. Modliłam się w duchu, żeby o nic nie wypytywał, ale były to złudne nadzieje. Przekonałam się o tym, gdy Jared znów na mnie spojrzał.
– A co się właściwie wydarzyło? – zapytał z dozą ostrożności, jakby przeczuwał, że odpowiedź nie należała do normalnych.
– Nie wiem – skłamałam i, odwracając wzrok, przygryzłam wargę. Westchnęłam ciężko, zamykając oczy. Potrząsnęłam głową, a wtedy kilka kosmyków opadło mi na twarz. Odruchowo zagarnęłam je do tyłu. Nie chciałam go okłamywać, bo w jakiś pokręcony sposób ciągnęło mnie do niego. Bałam się, że gdy tylko dowiedziałby się o mnie prawdy, to zacząłby traktować mnie jak wszyscy, co ją znali. Cholernie brakowało mi normalnych relacji, a on mi taką zapewniał, choć kruchą i niezdarną. – Pamiętam, że też chciałeś kawę. Szłam z kubkiem... Chyba się potknęłam i na niego upadłam. Niewiele z tego pamiętam...
Nie wierzył mi. Miał to wypisane na twarzy, jednak nic nie powiedział, tylko przytaknął. Zastukał palcami lewej dłoni o blat, intensywnie się w nie wpatrując. Po chwili oparł się wygodnie z butelką w ręce i zmierzył mnie przeciągłym spojrzeniem.
– Chciałem cię odwiedzić, ale sama rozumiesz... – Napił się piwa, po czym zmrużył oczy. – Jak w ogóle się czujesz?
– Dobrze – odparłam ostrożnie i sięgnęłam po sok. – Po rozcięciach nie ma śladu, nic mnie nie boli, więc jest naprawdę dobrze.
– A... Nie zrozum mnie źle, bo miło cię widzieć, ale skąd miałaś adres? Dan nie wie gdzie mieszkam, a jeśli nawet, to wątpię, żeby ci powiedział.
– Emm... – Uśmiechnęłam się lekko zakłopotana i, wzruszając ramionami, spojrzałam na Jareda. – Byłam złożyć zeznania i na chwilę zostałam sama z aktami, więc...
– Zwinęłaś mój adres z policyjnego biurka? – Uniósł brwi i przystawił butelkę do ust. – No ładnie...
Poczułam jak znów zaczęłam się czerwienić, ale nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu. Rozluźniłam się, gdy i Jared uśmiechnął się szeroko. Wskazał głową na otwarty karton i sam sięgnął po pizzę. On w przeciwieństwie do mnie nie kłopotał się czymś takim jak talerz; składał trójkątny kawałek na pół i po prostu jadł. Gdy ja próbowałam tak zrobić, to ciasto w swej złośliwości wyginało mi się w drugą stronę.
– Długo tu mieszkasz? – zapytałam, znów rozglądając się po pomieszczeniu.
– Jakiś czas – odparł, wodząc wzrokiem po ścianach. – Powoli zaczyna tu wyglądać.
– Jest naprawdę ładnie – zapewniłam z przekonaniem, na co on się zaśmiał.
– Dobrze, że nie widziałaś reszty mieszkania, bo byś zmieniła zdanie, ale jeszcze trochę i wszystko będzie tak jak powinno. Jeszcze soku? – Wstając, wyciągnął dłoń po szklankę, którą bez słowa sprzeciwu mu podałam. – Zresztą sama kamienica nie wygląda zachęcająco, a klatka schodowa to jakaś masakra. Aż dziw, że odważyłaś się tu wejść.
– Nie jest najgorzej... – zaczęłam, ale widząc minę Jareda, która bez dwóch zdań świadczyła o powątpiewaniu w moje słowa, westchnęłam głośno. – Masz rację... Klatka wygląda strasznie.
– No... – Podał mi szklankę, a świeże piwo postawił na ławie. Z kieszeni dresowych spodni wyciągnął paczkę papierosów, po czym jednego wsadził do ust. – Palisz?
– Nie.
– I dobrze, kobiety nie powinny palić. – Uśmiechnął się lekko i, bawiąc się zapalniczką, ruszył w stronę dużych okien, gdzie jedno z nich okazało się drzwiami. Wyszedł na balkon i dopiero wtedy odpalił papierosa. Gdy oparł się plecami o balustradę, nasze spojrzenia znów się spotkały. – Jesteś inna niż Dalia. W sensie wizualnym. Gdybym nie wiedział, nigdy bym nie powiedział, że jesteście siostrami.
– Nie jesteś pierwszym, który tak stwierdził. – Uśmiechnęłam się słabo i podeszłam do wyjścia na balkon, jednak na niego nie wyszłam. Przez chwilę po prostu przypatrywałam się obłokom dymu, które opuszczały męskie usta. – Siostrami jesteśmy tylko w połowie. Dalia jest podobna do naszej mamy, a ja do swojego ojca. Z mamy nie mam nic.
– Rozumiem. – Skinął głową, zaciągając się papierosem. – A skoro tu jesteś, to domyślam się, że nie potwierdziłaś oskarżeń Dalii?
– Przepraszam... – Zasłoniłam usta dłonią, a moje oczy jak nic przypominały spodki od filiżanek, gdy uświadomiłam sobie, że nie powiedziałam najważniejszej rzeczy, z którą de facto przyszłam. – Tak, wyjaśniłam, że nic mi nie zrobiłeś, tylko pomogłeś. A to wszystko, to nieporozumienie.
– Żałuj, że nie widzisz swojej miny. – Jared wyszczerzył się w szerokim uśmiechu, wyjmując papierosa z ust i zagaszając go w popielniczce.
Znów się zaczerwieniłam, ale nie byłam pewna czy przez jego wzrok wbity w moją twarz, czy dlatego że zrobiło mi się głupio. Ale w sumie nie miało to większego znaczenia. Przy nim czułam się swobodniej niż przy kimkolwiek innym. A przede wszystkim jego obecność nie działała mi na nerwy, choć może to przez to miejsce? Chciałam, żeby moje samopoczucie polepszało się za sprawą Jareda, jednak nie zapomniałam o mglistej postaci, która została przed drzwiami mieszkania. Zwłaszcza, że przeczucie mówiło mi, że tę istotę coś ze mną łączy.
Odsunęłam się od wejścia na balkon, żeby wpuścić Jareda. Bezwiednie spojrzałam na niebo, na którym leniwie, ale jednak nieubłaganie przesuwało się słońce. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że było tak późno, a przecież czekał mnie jeszcze spacer na drugi koniec miasta, który według nawigacji powinien zająć niecałe trzy godziny.
– Pójdę już. – Odwróciłam się w stronę Jareda, który właśnie zamierzał usiąść na kanapie.
– Chyba się nie obraziłaś, co?
– Nie. – Uśmiechnęłam się lekko. – Po prostu chcę wrócić, zanim zrobi się ciemno.
– Przecież... – Popatrzył na zegarek wiszący w kuchni, po czym przeniósł zaskoczone spojrzenie na mnie. – Tylko nie mów, że wracasz na piechotę?
– Yhm – przytaknęłam i ruszyłam w stronę małego korytarza.
– Zaczekaj, odwiozę cię. – Z przyciśniętą butelką do ust poszedł do kuchni, gdzie z blatu wziął klucze i telefon.
– Przecież piłeś. – Wskazałam głową na piwo, które właśnie odstawił.
– Bezalkoholowe. – Uśmiechnął się półgębkiem i, chowając komórkę do kieszeni, stanął naprzeciw mnie. – To jak? Pójdziesz dobrowolnie czy mam siłą zaciągnąć cię do samochodu?
Może powinnam wystraszyć się jego słów – w końcu za niewinność nie zamykają, ale gdy patrzyłam w jego oczy, w których błyszczały radosne iskierki, nie odczuwałam strachu.
– Pójdę dobrowolnie. – Zaśmiałam się cicho, unosząc dłonie, jakbym się poddawała. – Czy ty kiedykolwiek przyjmujesz odmowę?
– Nie – odpowiedział natychmiast, wciągając na bose stopy adidasy. Wyprostował się i znów patrzył na mnie z góry, przekrzywiając przy tym odrobinę głowę. – Raczej nigdy mi się to nie zdarzyło, chociaż może... nie, wtedy też stanęło na moim.
Śmiejąc się pod nosem, założyłam trampki. Jared otworzył drzwi, a ja stanęłam naprzeciw mglistej istoty o kobiecych kształtach. Starałam się dostrzec twarz albo jakiś konkretniejszy zarys, ale nie było to możliwe. Opary wciąż się poruszały, zmieniając swoje zabarwienie, które tylko utrudniało dojrzenie jakiegoś szczegółu.
Gdyby nie mężczyzna, który znajdował się za moimi plecami, to na pewno nie wyszłabym z mieszkania. Ba! Cofnęłabym się i zatrzasnęłabym drzwi! Ale on był za mną i czekał, aż w końcu się ruszę.
Wstrzymując oddech i zamykając oczy, wyszłam na klatkę schodową. Tym razem nie poczułam szarpnięcia, jedynie delikatny zawrót głowy. Uniosłam powieki, a moje serce przyspieszyło. Postać z mgły zniknęła, a do mnie wróciły wszystkie te uczucia, których nie chciałam czuć.

Wpatrywałam się w migający kursor przez kilka dobrych minut, zastanawiając się co Wam napisać. Pojawił się rozdział, który... ehm... odnoszę wrażenie, że jest nudny. Z jednej strony podoba mi się, bo naprawdę potrzebowałam go, żeby sprecyzować (w tej chwili tylko sobie^^) relację Blanki i Jareda. Jednak z drugiej mam ochotę samą siebie zapytać jak, do cholery, można tak długo włazić na trzecie piętro?! Wątpliwości mam również do samego dialogu, bo jest jaki jest. Za wiele nie gadali, no ale to przecież Blanka – ona praktycznie w ogóle nie rozmawia z ludźmi... 
A w tajemnicy powiem, że się po prostu boję, że to spotkanie wyszło mi strasznie sztucznie i wymuszenie... 
Tyle w kwestii rozdziału... Ogólnie za mną ciężki tydzień pod względem emocjonalno-psychicznym (cieszę się jak dziecko, że już piątek!) i może dlatego mam takie jakieś mało optymistyczne podejście. Miejmy nadzieję, że przyszły tydzień będzie lepszy i na rozdział spojrzę łaskawszym okiem, choć opinię (tę najbliższą mojemu <3 ^^) pozostawiam jak zawsze Wam. 
Dziękuję za wejścia i komentarze! Mówiłam już, że jesteście wspaniali? Nie? To mówię – jesteście wspaniali! :3
A i rozdział w ogóle nie sprawdzony pod względem każdym, więc wybaczcie jeśli przeczytacie coś dziwnego. ;)