2017-08-24

Rozdział siódmy

Jared
Nie potrafiłem sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz się aż tak denerwowałem. Siedziałem w samochodzie zaparkowanym przed domem Dana i nie mogłem się zmusić, żeby z niego wysiąść. Przecież to było proste! A jednak niewiedza dotycząca tego, jak mój własny brat na mnie zareaguje, stała się paraliżująca.
Wziąłem głęboki wdech i ponownie spojrzałem w lusterko wsteczne. Wytarłem spocone dłonie o spodnie, po czym odruchowo przeczesałem palcami włosy. Przesunąłem dłonią po szczęce, krzywiąc się przy tym lekko. Mogłem się ogolić. Westchnąłem ciężko i przekrzywiłem lusterko na swoje stałe miejsce, a mój wzrok powędrował ku autu, które stało przede mną. Na moje usta wypłynął ironiczny uśmieszek. Ojciec nadal jeździł starym, rozsypującym się wozem, mimo że było go stać na nowszy, sprawniejszy, a przede wszystkim bezpieczniejszy. Cholerny sknera... Jeśli jeszcze jeździłby sam... Pal licho go, ale woził ze sobą mamę.
Zerknąłem kątem oka na fotel pasażera, gdzie posadziłem wielkiego, pluszowego królika dla Emmy. Może i w sklepie wydawało mi się, że to odpowiedni prezent dla pięcioletniej dziewczynki, ale zacząłem w to szczerze wątpić. Maskotka wlepiała swoje plastikowe spojrzenie w szybę i pewnie mniej denerwowała się ode mnie.
Mogłem kupić lalkę. Przecież dziewczynki bawią się lalkami... Że też wcześniej na to nie wpadłem...
Z głośnym westchnieniem chwyciłem królika za ucho i wysiadłem z auta. Stojąc na chodniku, poprawiłem enty już raz podwinięte rękawy białej koszuli, a pilotem zamknąłem samochód.
Z ociąganiem ruszyłem w stronę furtki. Może wyglądałem na spokojnego i opanowanego, ale serce waliło mi jak oszalałe i wciąż się zastanawiałem, czy aby nie zawrócić, wsiąść za kierownicę i zapomnieć o tym wszystkim.
Po jaką cholerę dodawałem sobie stresu? Nie potrafiłem odpowiedzieć.
– To co? – Spojrzałem na królika. – Wchodzimy?
Odwróciłem głowę w stronę domu i nim zdążyłem kolejny raz rozpocząć dyskusję wewnątrz własnej głowy, przeszedłem przez furtkę, a po kilku metrach znalazłem się przed drzwiami. Nacisnąłem dzwonek, nie dając tym sobie szans na ucieczkę i po prostu czekałem. Zaledwie po parunastu sekundach ujrzałem uśmiechniętą twarz bratowej, która na mój widok nieco się spięła. I to był właśnie znak, że nie powinienem przyjeżdżać.
– Jared. – Uśmiechnąłem się słabo, próbując ukryć zdenerwowanie. – Zapraszam.
Odsunęła się, robiąc mi tym samym przejście, ale nie ruszyłem się z miejsca. Zmierzyłem ją wzrokiem, po czym potrząsnąłem głową.
– To był zły pomysł. Może przekaż to po prostu Emmie, a mnie już nie ma. – Wyciągnąłem dłoń z maskotką w stronę Dalii, która już w ogóle wyglądała na zszokowaną.
– Daj spokój. – Spojrzała przez ramię, a następnie chwyciła mnie za nadgarstek i wciągnęła do środka. – Zaprosiłam cię, prawda? – Nie czekała odpowiedź, tylko sama skinęła sobie głową w potwierdzeniu. – Już wołam Emmę. O! Nawet nie muszę, ma wyczucie czasu.
Twarz Dalii rozjaśnił szeroki uśmiech, gdy w naszą stronę najpierw biegła, a po chwili szła niepewnie moja bratanica. W końcu dziewczynka dotarła i stanęła częściowo za matką. Delikatnie się wychylała zza jej nogi, przyglądając mi się uważnie, a może nawet podejrzliwie. Wsadziła paluszek do buzi i zaczęła go przygryzać. Podniosła wzrok na Dalię, a wtedy ta zabrała jej rączkę.
– Boi się mnie. – Skrzywiłem się, przeczesując jednocześnie włosy wolną dłonią.
– Nie, tylko się trochę wstydzi. – Dalia machnęła ręką, po czym kucnęła obok Emmy. – To jest wujek Jared, brat tatusia.
Mała popatrzyła na mnie, to znów na swoją mamę, która skinęła jej głową i delikatnie popchnęła w moim kierunku. Emma zrobiła kilka kroczków z utkwionym wzrokiem w mojej twarzy. Wyglądała jak aniołek z jasnymi, niesfornymi lokami, które próbowano ujarzmić kolorowymi spinkami.
Pamiętałem ją ze zdjęć, które pokazała mi mama chyba w zeszłym roku albo jeszcze wcześniej. Już wtedy mała była kopią bratowej, a z czasem to podobieństwo tylko się umacniało.
– Naprawdę jesteś bratem tatusia? – Emma zapytała cicho, bawiąc się materiałem swojej sukienki.
– Naprawdę. – Uśmiechnąłem się do niej i kucnąłem, żeby nie musiała zadzierać główki. – I słyszałem, że masz dzisiaj urodziny.
– Pięć latek! – krzyknęła radośnie, wystawiając przed siebie rączkę, po czym zaczęła rozprostowywać paluszki, a całe zawstydzenie zniknęło w jednej sekundzie. – Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć. Pięć latek! A ty ile masz?
– Nie ty, tylko wujek. – Dalia poprawiła ją natychmiast, choć to, że zwracała się do mnie na „ty”, w ogóle mi nie przeszkadzało.
– A wujek ile masz lat? – Wpatrywała się we mnie w oczekiwaniu, jakby ta informacja była najważniejszą na świecie.
– Trzydzieści jeden – odpowiedziałem, a ona odwróciła gwałtownie główkę w stronę Dalii, po czym znów spojrzała na mnie.
– Mam za mało paluszków – powiedziała z przejęciem, oglądając swoje rączki.
– Nic się nie stało, bo w końcu dzisiaj są twoje urodziny, a nie moje. – Przesunąłem królika w jej stronę, a jej oczka rozszerzyły się w zachwycie. – To dla ciebie.
– Jaki wielki! – krzyknęła z entuzjazmem i popatrzyła na Dalię.
– Co się mówi?
– Dziękuję! – Odwróciła się w moją stronę, a po chwili objęła mnie swoimi drobnymi ramionkami. Odsunęła się i podskoczyła kilka razy z przyciśniętymi dłońmi do dziecięcych ust, żeby w kolejnej sekundzie biec w tylko sobie znanym kierunku. – Ciocia!
Wyprostowałem się, patrząc cały czas na miejsce, w którym zniknęła Emma, wbiegając do jakiegoś pomieszczenia. Mimowolnie poczułem ukłucie zazdrości, ale przede wszystkim smutek. Może gdyby sprawy potoczyły się inaczej, byłbym tu z Amandą i naszym synem, miałbym lepsze albo jakiekolwiek stosunki z bratem, a tak została mi tylko pustka, której nie potrafiłem w żaden sposób zapełnić, i poczucie osamotnienia. Ale to była przeszłość. Oni nie wrócą, a ja musiałem iść do przodu.
– Chyba już za dużo zjadła słodkiego, bo rozpiera ją energia. – Z ponurych myśli wyrwał mnie głos Dalii, która starała się na mnie nie patrzeć.
– W końcu jej urodziny, nie? – Uśmiechnąłem się lekko, a bratowa skinęła powoli głową.
– Ten czas zdecydowanie za szybko leci. – Westchnęła i w końcu podniosła na mnie wzrok. – Nie tak dawno taką malutką nosiłam na rękach, a teraz biega jak dziki koń.
Nim zdążyłem odpowiedzieć, doszedł nas dziecięcy głos, który nieustannie kogoś poganiał. Z zaciekawieniem popatrzyłem w stronę dobiegających dźwięków, aż w końcu w przejściu pokazała się Emma ciągnąca za rękę młodą kobietę. Zmrużyłem oczy, jakby to miało mi pomóc w dopasowaniu twarzy do osoby. Natomiast ona popatrzyła na mnie wielkimi oczami, a na jej policzkach pojawiły się delikatne rumieńce. Spuściła wzrok i wsadziła sobie za ucho kosmyk włosów, który opadał jej na twarz.
Blanka.
Imię odbiło się echem w mojej głowie i jak na zawołanie przed oczami pojawiło mi się wspomnienie z galerii, choć tym razem ona wydała mi się znacznie ładniejsza, niż zapamiętałem. Gdy zdecydowała się unieść głowę, nasze spojrzenia się spotkały i poczułem się dziwnie. Trwało to zaledwie kilka sekund, ale to odczucie było zbyt wyraźne, żeby stwierdzić, iż mi się tylko wydawało. Nie potrafiłem tego uczucia opisać, ale polubiłem ją, choć widzieliśmy się zaledwie drugi raz w życiu i praktycznie nie rozmawialiśmy.
Blanka uśmiechnęła się delikatnie i zatrzymała się naprzeciw mnie, ale nic nie powiedziała, tylko kucnęła przy Emmie.
– Co takiego chciałaś mi pokazać? – Spojrzała na małą z niezwykłą czułością w oczach.
– To! – Emma wskazała paluszkiem na królika, który siedział na pluszowym tyłku tuż przy mojej nodze. Chwyciła Blankę za ramiona i, podskakując kilka razy w miejscu, wyszczerzyła się w szerokim uśmiechu, ukazując przy tym drobne ząbki. – I jest mój! Ty możesz spać z Niuniusiem, a ja będę z nim.
– Emma, nie ty, tylko ciocia. – Dalia posłała jej karcące spojrzenie, ale ona, zamiast się tym przejąć, zmarszczyła czółko w zamyśleniu.
– Dlaczego ciocia ma z nim spać? Przecież jest mój. – Odwróciła głowę w moją stronę. – Nie jest mój?
– Jest. – Zaśmiałem się, a Emma przeniosła nic nierozumiejące spojrzenie na Dalię, która pokręciła głową.
– On mówi, że jest mój.
– Kochanie, miś jest twój. – Bratowa kucnęła, a Blanka podniosła się do pionu. – Ale już ci mówiłam, że nie możesz mówić ty, ona czy on. Tylko to jest ciocia, a to jest wujek.
– Przecież wiem. – Emma wzruszyła szczupłymi ramionkami, a ja nie mogłem się powstrzymać od szerokiego uśmiechu. – Ciocia Blanka i wujek... wujek...
– Jared.
– Wujek Jared – powtórzyła za Dalią z uroczym uśmiechem, który idealnie pasował do jej dziecięcej buzi. – To mogę spać z tym królikiem?
– Możesz. – Bratowa wyprostowała się, wzdychając cicho. – Tylko musisz mu jakieś imię wymyślić.
– Koleś – odparowała bez zastanowienia Emma, chwytając pluszaka za szyję i ciągnąc.
– Dlaczego Koleś? – Blanka popatrzyła na małą z zaciekawieniem.
– Bo to fajne imię. Tatuś mówił, że jak wracał z pracy, to go koleś strąbił. – Starałem się ukryć śmiech, zwłaszcza że Emma mówiła to ze śmiertelną powagą, ale kiepsko mi to wyszło, zresztą tak samo jak i Dalii, tylko Blanka zdawała się w pełni rozumieć swoją siostrzenicę.
– Dobrze, kochanie, niech będzie Koleś, a teraz leć do koleżanek, a ja się nim zaopiekuję. W porządku? – Bratowa chwyciła królika za uszy, a Emma jeszcze przez chwilę wahała się, czy powierzyć maskotkę mamie. W końcu puściła i pobiegła. Dalia uśmiechnęła się delikatnie. – Odłożę go do pokoju i zaraz wracam.
– Cześć – zwróciłem się do Blanki, gdy zostaliśmy sami.
– Cześć – odpowiedziała z nieśmiałym uśmiechem, a w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki.
– Co słychać? – Wsadziłem dłonie do kieszeni i modliłem się w duchu, żeby nie popatrzyła na mnie jak na kretyna i nie odeszła. Zamrugała kilka razy, a po chwili spochmurniała. Odruchowo przetarłem kilka razy kark, robiąc przy tym głęboki wdech. – Wybacz, nie wychodzi mi taka uprzejma wymiana zdań.
Blanka przygryzła dolną wargę i przyglądała mi się uważnie, jakby ważyła, na ile moje wyznanie było prawdziwe, a ja zacząłem się zastanawiać, czy ona wiedziała o moim pobycie w więzieniu. Na ogół gdy się ludzie o tym dowiadywali, to zaraz na starcie mnie skreślali. Zazwyczaj miałem to gdzieś, ale obok tej kobiety coś nie pozwalało mi przejść obojętnie. Chciałem ją poznać, porozmawiać, spędzić trochę czasu.
– Mnie również – odparła w końcu, wpatrując się w czubki swoich trampków. Podniosła głowę, a kosmyki brązowych włosów wysunęły się zza ucha. – W ogóle nie potrafię rozmawiać z obcymi.
– Ale my się już znamy – stwierdziłem z przekonaniem, chcąc za wszelką cenę pozbyć się tej niezręczności między nami, choć wydawało się, że ona z każdą sekundą stawała się coraz bardziej odczuwalna.
– Można tak powiedzieć. – Blanka skinęła z powagą głową. Spięła się, gdy dobiegły nas dźwięki zbliżających się kroków i rozluźniła się dopiero w momencie, gdy w jej polu widzenia pojawiła się siostra.
– To zapraszam do ogrodu. – Dalia gestem dłoni wskazała na przejście, przez które wcześniej przebiegła Emma.
Blanka posłała w stronę siostry spojrzenie, w którym dostrzegłem jakiś niezrozumiały smutek. Już otwierałem usta, chcąc zapytać, czy wszystko w porządku, gdy ona po prostu ruszyła przed siebie, obejmując się ramionami. Przez chwilę stałem w miejscu i wpatrywałem się w jej plecy, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Ona miała w sobie jakąś tajemnicę, której nie chciała zdradzić, a to sprawiało, że jeszcze bardziej chciałem ją odkryć. I nie, nie spoglądałem na nią jak na Amandę, jej nikt nie mógł zastąpić, nigdy.
Dalia ruszyła za siostrą i odgarnęła włosy z ramion, a w jej ruchach dało się zauważyć nerwowość, którą usilnie chciała ukryć. Szedłem za bratową, zastanawiając się, o co w tym wszystkim chodziło. Stało się to jasne, gdy znaleźliśmy się w ogrodzie i skrzyżowałem spojrzenie z bratem. Dan nie został poinformowany o fakcie, że jego żona mnie zaprosiła. Moja obecność była szokiem nie tylko dla niego, ale również dla moich rodziców i ciotki.
Stojąc na tarasie i spoglądając na, niegdyś, moją rodzinę, czułem się jak skończony idiota. Nie potrafiłem powiedzieć, co mną kierowało, że tu przyjechałem. Chęć odbudowania relacji? Może... Ale przecież wiedziałem aż za dobrze, że było to niemożliwe.
Wzdrygnąłem się, gdy poczułem dotyk na swoim ramieniu. Odwróciłem głowę i napotkałem przepraszające spojrzenie Dalii. Uśmiechała się smutno, ale mimo to ten uśmiech wydawał się szczery, a nie wymuszony. Wiedziałem, że chciała przeprosić, po prostu to czułem, ale w tamtym momencie to już nie miało znaczenia. Byłem nieproszonym gościem na urodzinach pięciolatki i pierwszy raz w życiu nie miałem bladego pojęcia, co zrobić.
Usiądź, proszę. – Głos Dalii zadrżał, a w jej oczach widziałem coś, co wciąż gościło w moim spojrzeniu, determinacja.
Kątem oka zauważyłem, że Dan ruszył w naszą stronę z zaciśniętymi pięściami. W jakiś szczególny sposób się tym nie przejąłem, bo nie miał ze mną najmniejszych szans. Mój brat po prostu nie potrafił się bić i szczerze wątpiłem, że coś się w tej kwestii zmieniło, a ja, no cóż, miałem do tego niezwykły talent.
Dan przystanął obok i zmierzył mnie pogardliwym spojrzeniem, a to chyba było gorsze niż cios w twarz.
– Musimy porozmawiać – syknął, wpatrując się w twarz własnej żony. – W kuchni, teraz.
Gdy Dalia poszła za Danem, a Blanka gdzieś zniknęła, z ociąganiem podszedłem do stolika, przy którym siedzieli goście – kilka par, wnioskowałem, że rodzice dzieci biegających razem z Emmą, rodzice i ciotka Liza.
– Dzień dobry – rzuciłem niemal pogodnym tonem, na co kilka osób odpowiedziało z uśmiechem na ustach.
– Jared, synku. – Mama objęła mnie mocno. Nawet nie zarejestrowałem momentu, w którym wstała. Gdy się odsunęła, w jej oczach pojawiły się łzy, przez co odruchowo uniosłem dłoń do jej twarzy, żeby je zetrzeć. – Martwiłam się o ciebie. Nie odwiedzasz nas. Nawet na święta nie przyjechałeś.
– Tak jest lepiej. – Uśmiechnąłem się wymuszenie i pozwoliłem, aby znów mnie przytuliła.
– Cześć, tato. – Spojrzałem na ojca ponad ramieniem mamy, ale on udawał, że mnie nie widział. Odburknął coś tylko pod nosem, a mnie znów to zabolało, choć po tylu latach powinienem przywyknąć. W końcu dla niego zawsze byłem gorszym synem, a gdy mnie zamknęli, już chyba w ogóle przestałem nim być. To Dan miał lepsze oceny, wykonywał polecenia ojca, zawsze zachowywał się tak, jak powinien, ale że to ja zawsze broniłem starszego brata i dostawałem za niego wpierdol, stawało się sprawą nieistotną, bo przecież na pewno i tak ja sprowokowałem, zasłużyłem.
Czasami miałem ochotę opowiedzieć im o swoim życiu, o Amandzie, o naszym dziecku, o tym wszystkim, co mnie spotkało, po prostu chciałem zrzucić ten ciężar ze swoich ramion... Chciałem, żeby zrozumieli, ale gdy mój ojciec udawał, że nie istniałem, zwyczajnie rezygnowałem.
– Dobrze wyglądasz, Redi. – Ciotka uśmiechnęła się, kiwając z zadowoleniem głową. – Nie jesteś takie chuchro jak Nelek.
– Liza, to już nie są chłopaczki, które biegały za piłką. – Mama usiadła na krześle i posłała ciotce karcące spojrzenie.
– Dla mnie to zawsze będą Redi i Nelek. – Poklepała mnie po dłoni, gdy usiadłem obok niej.
Mama znów zaczęła coś mówić o tym, że oboje z bratem jesteśmy już za starzy na zdrobnienia, ale nie słuchałem, bo moja uwaga skupiła się na Blance, która wyszła przez drzwi tarasowe, a Emma z radosnym okrzykiem dopadła do jej nóg i po chwili dołączyła do niej reszta dziewczynek. Bratanica z zadartą główką tłumaczyła coś swojej ciotce, energicznie gestykulując, a reszta przytakiwała głowami i co chwilę dało się słyszeć „prosimy”. W końcu dziewczynki podbiegły do swoich rodziców, a z nieskładnych pytań i tłumaczeń wywnioskowałem, że chciały, żeby Blanka wymalowała je farbami do twarzy. Po kilkunastu minutach zamiast księżniczek po ogrodzie biegały zwierzęta, w dodatku niezwykle radosne i głośne.
– Mamuś! Jestem króliczkiem! – krzyknęła Emma, kicając w stronę swojej rodzicielki, a ja dopiero zauważyłem, że Dalia wróciła z Danem i to on wyglądał na niezadowolonego, a ona wręcz odwrotnie.
– W dodatku bardzo ślicznym króliczkiem. – Bratowa uśmiechnęła się szeroko i podeszła do jednej z matek.
Nie potrafiłem stwierdzić, ile czasu siedziałem ignorowany niemal przez wszystkich, ale mimo to nie mogłem się zmusić do wyjścia. Wciąż szukałem wzrokiem Blanki, która trzymała się gdzieś na uboczu. A to bawiła się z dziewczynkami, zbierała porozrzucane zabawki i ani na chwilę nie usiadła ze wszystkimi, nawet wtedy, gdy Dalia przyniosła tort i Emma miała zdmuchnąć świeczki.
– Miła dziewczyna, ale z problemami – wyszeptała ciotka Liza, pochylając się w moją stronę. Zamrugałem nieco skołowany i odstawiłem szklankę na stół, nim zdążyłem się w ogóle napić.
– Kto? – Zmrużyłem oczy, przyglądając się ciotce z uwagą.
– Siostra naszej Dalii. – Westchnęła cicho. – Dalia wyciągnęła ją ze szpitala psychiatrycznego jakiś czas temu i teraz mieszka z nimi.
– Dlaczego mi to mówisz? – Wpatrywałem się w ciotkę, nie dowierzając jej słowom, ale z drugiej strony nie widziałem powodu, dla którego miałaby kłamać.
– Bo cały czas się w nią wlepiasz jak cielę w malowane wrota. – Otworzyłem usta, ale po chwili je zamknąłem, a ona uśmiechnęła się szeroko.
Kątem oka dostrzegłem ruch, a gdy zwróciłem się w tamtą stronę, Blanka właśnie wchodziła do domu. Wstałem bez słowa i, nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenia, przeszedłem przez trawnik i wspiąłem się po kilku stopniach. Zawahałem się, czy aby na pewno powinienem ją nagabywać, bo cóż, mogła tak to odebrać, ale moja chęć poznania jej bliżej zwyciężyła. Chwyciłem za klamkę i przekręciłem.
Pomieszczenie, w którym się znalazłem, okazało się być kuchnią, a Blanka stała w niej, opierając się łokciami o blat. Przed nią znajdował się kubek, a ona wpatrywała się w czajnik i czekała, aż woda się zagotuje. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo dopiero wtedy zauważyłem, że w jej włosy wpleciony był błyszczący diadem, zupełnie taki sam jak u Emmy.
– Też poproszę kawę. – Odchrząknąłem, a ona podskoczyła wystraszona. Gwałtownie odwróciła głowę w moją stronę, wciągając ze świstem powietrze.
– Wystraszyłeś mnie – wyszeptała z przejęciem, ale po chwili potrząsnęła z rozbawieniem głową. – Jestem gorsza niż dziecko.
– To nawet urocze. – Podszedłem trochę bliżej i oparłem się plecami o szafkę, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce. – I jak? Załapię się na tę kawę?
– Jasne. – Na moment spojrzała mi w oczy, ale szybko odwróciła wzrok.
Przyglądałem się jej, gdy szykowała kubek. Miała ładne dłonie, na których nadal widniała farba. Nawet nie zastanawiając się nad tym, czy mogłem sobie na to pozwolić, chwyciłem jej rękę i przez kilka długich sekund przyglądałem się kolorowym plamom. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że Blanka wstrzymała oddech i stała w zupełnym bezruchu.
Jej reakcję na mój dotyk mogłem zawdzięczać temu, że wiedziała o moim pobycie w więzieniu, choć wcześniej nic nie wskazywała na to, żeby się mnie bała.
– Przepraszam. – Głos jej zadrżał, ale na ustach pojawił się blady uśmiech. Ostrożnie wysunęła dłoń z mojego uścisku. – Nie jestem przyzwyczajona do dotyku obcych.
Miła dziewczyna, ale z problemami – jak echo w moim umyśle odbiły się słowa ciotki. Więc wcale nie musiało chodzić o mnie, a o nią. W końcu do psychiatryka nie trafiali tylko wariaci, a ona wydawała się być naprawdę sympatyczną osobą, a na dodatek bardzo delikatną, choć to mogły być tylko pozory.
– Nie jestem obcy, pamiętasz? – Posłałem jej najprzyjaźniejszy uśmiech, na jaki było mnie tylko stać, jednocześnie odsuwając się nieco.
– Pamiętam. – Skinęła głową i sięgnęła po czajnik, po czym nalała do kubków wody, a po kuchni rozszedł się zapach kawy. – Słodzisz?
– Dwie i pół łyżeczki. – Spojrzała na mnie, unosząc brwi w górę.
– Cukier jest niezdrowy – poinformowała mnie, sięgając po cukierniczkę.
– Dużo rzeczy jest niezdrowych.
– Racja. – Zamyśliła się, mrużąc przy tym delikatnie oczy. Zamrugała i wsypała do jednego kubka cukier. – Mleko?
– Czarna.
Skinęła tylko i podeszła do lodówki, z której wyciągnęła kartonik. W skupieniu nalała do drugiego kubka mleka i to po same brzegi. Pochyliła się nad nim, upiła łyczek i mlasnęła dwa razy językiem. Oblizała wargi, odnosząc kartonik do lodówki. Gdy wróciła, chwyciła w obie dłonie kubek i, wpatrując się w jego zawartość, ostrożnie zmierzała w stronę blatu, przy którym stały niskie taborety. Dotarła tam bez uronienia ani kropli, z czego wydawała się być bardzo zadowolona. Przeszła ponownie przez kuchnię z uśmiechem na ustach i wzięła moją kawę.
Nie potrafiłem wytłumaczyć nawet sam przed sobą, co się tak właściwie stało. W jednej chwili Blanka znajdowała się przede mną, niemal na wyciągnięcie ręki, a gdy mrugnąłem, leżała skulona na płytkach; nie ruszała się, nie wydawała żadnych dźwięków. Serce w mojej piersi na moment zamarło, po czym ruszyło zbyt szybko, gdy pojawiła się krew, która zaczęła zbierać się wokół ciała w coraz to większą kałużę.
Zakląłem pod nosem i rzuciłem się na podłogę, byle jak najszybciej upewnić się, że Blanka oddychała. Ostrożnie przewróciłem ją na plecy, przytrzymując głowę, żeby przypadkiem nie uderzyła nią o płytki. Z przerażeniem wpatrywałem się w bladą twarz, rozszerzone do granic możliwości oczy, gdzie niemal całą tęczówkę pochłonęła czarna źrenica. Sine usta poruszały się nieustannie, ale nie wydobywał się z nich żaden, nawet najcichszy dźwięk.
– Blanka – wyszeptałem drżącym głosem i dotknąłem jej policzka, pozostawiając na lodowatej skórze krwawy odcisk, lecz mimo mojego dotyku ona w żaden sposób nie zareagowała.
Przeniosłem wzrok z jej twarzy na ciało, ale nie potrafiłem namierzyć rany. Całe ubranie zdążyło nasiąknąć krwią i zdawało się być drugą skórą. Przełknąłem z trudem ślinę, po czym chwyciłem za dół bluzki. Delikatnie podwinąłem materiał, ale gdy zobaczyłem długie cięcie w dolnej części brzucha, dłoń mi zadrżała. Zaciskając zęby, podciągnąłem bluzkę jeszcze wyżej, a moim oczom ukazały się kolejne dwie rany, z których nieustannie wypływała świeża krew. Nawet nie wiedziałem, co powinienem zrobić, żeby zatamować krwawienie – byłem bezradny jak dziecko.
Blanka zaczęła się trząść, a jej oczy uciekły do wnętrza czaszki, pozostawiając po sobie przerażające spojrzenie samych białek. Wtedy coś we mnie pękło. Nie mogłem pozwolić jej umrzeć, nie tu i nie w taki sposób.
– Pomocy! – krzyknąłem, ile miałem sił. – Niech ktoś tu przyjdzie!
Przez kuchenne drzwi wpadł Dan. Zatrzymał się gwałtownie i szeroko otwartymi oczami przeskakiwał z Blanki na mnie.
– Co się... – Dalia urwała, stając się niemal przeźroczysta na twarzy. Przysłoniła usta dłonią, a w jej oczach pojawiły się łzy.
– Pomóż mi – warknąłem w stronę brata, gdy ten stał jak przyrośnięty do podłogi. Podźwignąłem się na nogi z Blanką na rękach. – Kluczyki mam w kieszeni.
– Co chcesz z nią zrobić? – Dan podszedł powoli, jakby nadal nie dowierzał w to, co widział. Patrzył to na krew na podłodze, to znów na mnie, a ja doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, o co mój brat mnie właśnie podejrzewał.
– Zabrać do szpitala – syknąłem, wbijając w niego spojrzenie. – A coś ty myślał?
Nie odpowiedział, zamknął tylko usta i skinął powoli głową. Podszedł do mnie, omijając krew na podłodze, po czym wyciągnął kluczyki z mojej kieszeni.
– Przypilnuj, żeby nikt tu nie wchodził. – Obejrzał się przez ramię na Dalię, która wciąż przyciskała dłonie do ust i nie przestawała płakać.
Szedłem szybko za Danem, nie zważając na to, że zostawiam za sobą krwawe odciski. Zresztą jakie to miało znaczenie, jeśli chodziło o życie Blanki? Ale chyba łatwiej było mi myśleć o takich bzdurach, niż skupiać się na tym, że kobieta powoli, lecz nieubłaganie umiera w moich ramionach.
Gdy tylko Dan zwolnił blokadę drzwi w aucie, wślizgnąłem się do tyłu. Ułożyłem Blankę na kanapie, kładąc sobie jej głowę na kolanach. Odgarnąłem jej włosy z twarzy i szybko przesunąłem wzrokiem po całym ciele. Drgawki minęły, ale nie potrafiłem określić, czy to dobry znak, czy wręcz przeciwnie. Jej klatka piersiowa unosiła się niemal niezauważalnie, a powieki miała zamknięte. Wyglądała, jakby spała i to w dodatku spokojnym snem, co mnie przerażało.
– Możesz jechać szybciej? – rzuciłem napiętym tonem, a po chwili we wstecznym lusterku zobaczyłem oczy brata, tak podobne do moich własnych.
– Co z nią?
– Nie wiem, nie jestem lekarzem. – Przyłożyłem palce do jej nadgarstka i na chwilę wstrzymałem oddech. – Puls ma, ale słaby, ciężki do wyczucia. Jedź przez park Amadeusza, będzie szybciej.
Dan bez zastanowienia gwałtownie skręcił. Po kilku minutach ostro zahamował, a gdy podniosłem głowę, zobaczyłem przez szybę wielki napis „izba przyjęć”. Jakiś mężczyzna szedł w naszym kierunku i wymachiwał rękoma, przy okazji zawodząc, że przed wejściem nie należy parkować, ale gdy wyłoniłem się zza samochodu cały we krwi i z nieprzytomną Blanką na rękach, zawrócił i nawoływał pomocy.
Drzwi rozsunęły się na boki, a ja znalazłem się w obszernym pomieszczeniu, którym była izba przyjęć. W moim kierunku biegło kilka osób, pchając przed sobą szpitalne nosze. Nie rejestrowałem tego, co do mnie mówili, zdawało mi się, że w ogóle nie używali znanego mi języka. Zrozumiałem tylko, że chcieli, abym oddał im Blankę, a gdy to zrobiłem, oni ją zabrali. Wpatrywałem się w oddalające sylwetki i z każdą kolejną sekundą obraz stawał się coraz bardziej niewyraźny. Zamrugałem kilka razy, ale ich już nigdzie nie było – ani lekarzy, ani Blanki, za to przed moją twarzą pojawiła się ćma o jednym czarnym i drugim białym skrzydle. Zatoczyła kilka kręgów wokół mnie, po czym rozpłynęła się w powietrzu, a wtedy całe napięcie po prostu ustąpiło i zacząłem się trząść. Nogi miałem jak z waty, żołądek podchodził mi do gardła i chyba tylko cudem nadal oddychałem.
Stałem na izbie przyjęć w zakrwawionym ubraniu i nie potrafiłem wyjaśnić, co się właściwie wydarzyło.

Niektórzy czekali z niecierpliwością na Jareda, więc chyba rozdział z jego perspektywy i to jeszcze po tak długim czasie oczekiwania, jest zadowalający. Mam nadzieję, że jeszcze mocniej udało mi się pobudzić Waszą ciekawość i krzyczycie do monitorów/wyświetlaczy co się stało Blance?! Jared miał dziecko?! Kim była Amanda?! I w ogóle... :) Czekam na Wasze opinie, jak się podobał rozdział, bo powiem szczerze, że boję się, jak mi wyszła perspektywa Jareda.Dziękuję za cierpliwość, opinie i oczywiście za samą obecność. ^^