2017-07-05

Rozdział piąty

Blanka
Przekręciłam się na drugi bok i uchyliłam nieco powieki. Za oknem dopiero co zaczynało świtać, a ja już nie spałam. Przez moment nasłuchiwałam, ale zdawało się, że cały dom był pogrążony we śnie. Zrobiłam głęboki wdech i odsunęłam od siebie kołdrę. Podźwignęłam się do pozycji siedzącej, zsuwając jednocześnie stopy na podłogę. Gdy oparłam łokcie o kolana i ukryłam twarz w dłoniach, włosy całkowicie zasłoniły mi pole widzenia. Nawet gdy rozsunęłam palce, nic nie widziałam. Trwałam w tej pozycji przez dłuższą chwilę, zastanawiając się, co ze sobą zrobić.
W głowie miałam kompletną pustkę i z jednej strony cieszyłam się z tego faktu, ale chwilami w moim umyśle budził się delikatny niepokój. Coś we mnie nie grało, czegoś mi brakowało, a ja potrzebę odnalezienia brakującego ułamka tłumiłam lekami.
Właśnie...
Uniosłam głowę, wbijając wzrok w komodę, a konkretnie w ostatnią szufladę. Z ociąganiem podeszłam do mebla, zupełnie jakby jakaś część mnie walczyła z inną częścią o zachowanie trzeźwego umysłu. Ale rezultat był taki sam jak przez ostatnie kilka tygodni – lepszy ułamek mnie przegrywał.
Otworzyłam szufladę i po omacku odszukałam fiolkę z lekiem. Bez zbędnych wyrzutów sumienia wzięłam tabletkę, po czym, chyba już z przyzwyczajenia, sięgnęłam po dresy i koszulkę. Włosy upięłam w bezładny kok, zasłałam łóżko i, chwytając z komody kosmetyczkę, wyszłam z pokoju.
Schodząc po schodach, ominęłam piąty i ósmy stopień od góry, bo akurat te dwa zawsze skrzypiały. I nie miało znaczenia, czy szło się po nich w ciężkich butach tak, jak to robił Daniel, gdy Dalia go po coś do mnie wysłała czy też jak szło się na boso; tak, jak ja to zawsze robiłam.
W łazience przez chwilę stałam przed lustrem i przyglądałam się swojej twarzy; blado-szarej skórze, sińcom pod oczami, popękanym ustom. Wyglądałam na zniszczoną życiem kobietę, z której cały czas ulatywało wszystko to, co pozytywne.
Przymknęłam powieki, a spod jednej z nich wypłynęła samotna łza, która stoczyła się po policzku i wylądowała w zlewie. Zacisnęłam palce na krawędzi umywalki i modliłam się w duchu, żeby mieć dość sił, aby nie rozpłakać się jak małe dziecko. Byłam zmęczona, tak cholernie zmęczona, że momentami nawet oddychanie stanowiło nie lada wyzwanie.
Po kilku minutach zdołałam nad sobą zapanować, ale nie odważyłam się znów spojrzeć na swoje odbicie. Nie podnosząc wzroku, przekręciłam kurek, obmyłam twarz zimną wodą i drżącą dłonią wyciągnęłam z kosmetyczki szczoteczkę i pastę.
Mimo ciągłych starań siostry nie potrafiłam czuć się w tym domu swobodnie. Poza tym coś mi mówiło, że nie zostanę tu na długo. Po prostu wiedziałam, że to sytuacja przejściowa. Prędzej czy później i tak miałam wrócić do szpitala – tam było moje miejsce, mój dom.
W końcu doprowadziłam się do stanu względnego użytkowania. Zebrałam swoje rzeczy i użyty przeze mnie ręcznik, po czym chciałam pójść do pokoju, żeby je tam zostawić, ale gdy tylko znalazłam się w przejściu, z którego doskonale widziałam korytarz prowadzący do pokoi siostry i Emmy, zatrzymałam się w pół kroku.
Moja siostrzenica wyszła od siebie z pluszowym królikiem pod pachą, a jedną rączką przecierała zaspane oczy. Zupełnie jakby wyczuła moją obecność, choć nie wydobyłam z siebie nawet najcichszego dźwięku, odwróciła się w moją stronę. Przekrzywiła delikatnie główkę i zamrugała kilka razy.
– Potwór mi się śnił – wyszeptała i wyciągnęła w moją stronę dłoń.
Na jedną krótką chwilę moje serce zamarło. Przygryzłam dolną wargę, odłożyłam kosmetyczkę i ręcznik na schody, a następnie z obawą podeszłam do Emmy. Gdy tylko przed nią kucnęłam, bez słowa objęła moją szyję. Podniosłam się do pionu i, tuląc ją do siebie, ruszyłam do jej pokoju. Gdy tylko przekroczyłam próg, znalazłam się w innym świecie; szarą codzienność zamieniłam na dziecięce królestwo.
W pomieszczeniu nie panowała zupełna ciemność, bo rozpraszała ją mała, nocna lampka, wciśnięta między szafę na ubrania a biurko. W jednym kącie stał domek dla lalek, znacznie większy od Emmy, a obok znajdowały się dwie wielkie, plastikowe skrzynie na zabawki. Nie zabrakło stolika zastawionego dziecięcą zastawą i czterech krzesełek, na których usadzone były dwie lalki i jeden miś. Zapewne wolne miejsce należało do mojej siostrzenicy. I tak, jak w całym domu podłogi stanowiły płytki i panele, tutaj stąpało się po miękkiej, dywanowej wykładzinie.
W półmroku nie potrafiłam dokładnie określić kolorów panujących w pokoju, ale niemal miałam pewność, że to nie róże. Dalia nigdy nie lubiła tego koloru i najwidoczniej tak jej zostało do dnia dzisiejszego.
Położyłam Emmę do łóżka i przykryłam kołdrą w kolorowe kwiatki. Przytuliła mocno do siebie królika, a jej niebieskie oczy śledziły każdy, nawet najmniejszy mój ruch.
– Spróbuj zasnąć. – Pogładziłam siostrzenicę po jasnej głowie, siadając jednocześnie obok niej na łóżku. Emma spojrzała w głąb pokoju, a paluszki zacisnęła mocniej na pluszaku. Po chwili jej spojrzenie znów przeniosło się na mnie. – Coś nie tak?
– Mamusia się kładzie – wyszeptała ledwie słyszalnie.
– Też mam się położyć? – zapytałam, robiąc przy tym wielkie oczy, ale chyba jeszcze większe, gdy mała przytaknęła głową. Zadziwiała mnie. Praktycznie każdy mnie oceniał, nawet Dalia to robiła mniej lub bardziej świadomie, ale jednak. Tylko ta słodka istotka nie patrzyła na mnie krytycznie.
Położyłam się na boku, twarzą do Emmy, a na jej ustach pojawił się szeroki uśmiech, przy którym ukazała wszystkie swoje ząbki. Nie mogłam się powstrzymać i również się uśmiechnęłam, może nie tak entuzjastycznie jak ona, ale z pewnością szczerze i od serca, co w sumie było dość dziwne, bo wciąż wspomagałam się lekami, a one przecież otumaniały i sprawiały, że nie odczuwałam emocji. Może przywykłam już do nich? Ale przecież przez tyle lat działały.
Wyrwałam się z zamyślenia, gdy poczułam, jak Emma przytula się, a mnie otoczył jeszcze szczelniej jej dziecięcy zapach. Objęłam ją ramieniem i przymknęłam oczy. Nawet nie zarejestrowałam momentu, w którym zasnęłam.
Wzdrygnęłam się, gdy poczułam dość mocne szturchanie. Zamrugałam zdezorientowana. Dłuższą chwilę zajęło mi uświadomienie sobie, gdzie się znajdowałam i tak właściwie dlaczego. Popatrzyłam na siostrzenicę nadal wtuloną w moją pierś, a po chwili podniosłam spojrzenie na Daniela.
Otworzyłam usta, ale nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Przeprosić? Nie miałam za co. Przecież nic złego nie zrobiłam. Poza tym wydawało mi się, że on nie był zły. Przynajmniej w półmroku na takiego nie wyglądał.
Ja... – Powoli, żeby nie obudzić Emmy, wstałam z łóżka. – Ja, nie...
– Ma koszmary. Wiem. – Wskazał głową na drzwi. Wyszłam z pokoju Emmy, a on za mną. – Zaczęło się, gdy poszła do przedszkola.
– Yhm... – przytaknęłam, ale nie odważyłam się odwrócić, żeby na niego spojrzeć.
– A ty?
Wstrzymałam oddech, gdy czułam, jak w oczekiwaniu na odpowiedź jego wzrok wypalał dziurę w tyle mojej głowy.
– Pytasz o koszmary? – Zaryzykowałam krótkie spojrzenie przez ramię, a on wtedy skinął. – Nie śnię.
– Zupełnie? – Wyminął mnie przy schodach, a gdy jedną stopą byłam już na stopniu, zatrzymał się i odwrócił w moją stronę. – Napijesz się ze mną kawy?
Nie odpowiedziałam, tylko, przygryzając wargę, skierowałam się do kuchni. Usiadłam na drewnianym stołku przy przedłużonym blacie, który robił za stolik kuchenny i przyglądałam się Danielowi, jak napełnia elektryczny czajnik wodą, wyciąga dwa kubki, nasypuje kawy, a później zalewa wrzątkiem. W końcu usiadł obok na drugim taborecie i ziewnął przeciągle. Wzięłam od niego kubek i dolałam sobie mleka po same brzegi. Upiłam łyk i prawie poparzyłam sobie przy tym usta.
Może byłam naiwna, ale siedziałam w tej kuchni ze szwagrem z nadzieją, że on chciał mnie poznać, że dał mi szansę.
– Więc jak z tymi snami? – ponowił temat.
– Nie mam ich. – Wzruszyłam ramionami. Objęłam kubek dłońmi, zupełnie jakbym chciała się rozgrzać, a przecież nie odczuwałam zimna.
– To dlaczego nie śpisz po nocach? – Spojrzałam na niego zaskoczona i wtedy to jego ramiona powędrowały w górę, a później w dół. – Mam lekki sen. Często słyszę, że wstajesz i schodzisz do łazienki.
Nie chciałam cię budzić – odparłam cicho i dosłownie czułam, jak się w sobie zapadam. W jednej chwili dotarło do mnie, że to nie miła rozmowa przy kawie, tylko przesłuchanie, a pozorny spokój i sympatia to tylko i wyłącznie gra aktorska. Przymknęłam powieki, bo oczy zaczęły piec mnie od łez. – Daniel... – Wzięłam głęboki wdech, zebrałam całą odwagę, która gdzieś się we mnie kryła i spojrzałam mu w oczy. – Wiem, co o mnie myślisz. Wiem, że martwisz się o Dalię i Emmę, ale ja naprawdę... – Zacięłam się. Co miałam mu powiedzieć? Że nie zabiję ich? Przecież wtedy od razu domyśliłby się, że ich podsłuchałam. – Nie mam nikogo innego. Rozumiesz? Dalia zawsze była dla mnie najważniejsza, teraz jest i Emma. Nawet ty, choć nie chcesz mnie tutaj. Ba, nie chcesz mnie w życiu zarówno swoim, jak i Dalii.
– Widzisz różne... rzeczy, ostatnie lata spędziłaś w psychiatryku. Nie dziw się mi...
– Nie dziwię się. – Potrząsnęłam energicznie głową, po czym westchnęłam ciężko. – Nie chciałam tutaj przyjeżdżać, wolałam zostać w szpitalu, ale Dalia...
– Jak się uprze, to nie przemówisz...
Tak. – Upiłam trochę kawy. – Dla mnie to też ciężka sytuacja.
Daniel wstał i podszedł do zlewu. Przez chwilę wpatrywał się w obraz za oknem. Umył kubek, a gdy wycierał dłonie, oparł się plecami o szafkę i skupił na mnie spojrzenie.
– Jeśli mojej córce albo żonie spadnie choć włos z głowy, ciebie spotka to samo.
Zamurowało mnie. Siedziałam nieruchomo z otwartymi ustami, a w głowie mi dudniło. Zupełnie nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, bo jaki sens miało zapewnianie, że nigdy ich nie skrzywdzę? I tak by nie uwierzył. On mi nie ufał, a wypowiedziane przez niego słowa podkreślały tylko ten fakt.
Odwiesił kuchenny ręcznik na rączkę drzwiczek piekarnika i po prostu wyszedł, zostawiając mnie całkowicie skołowaną. Bezsensownie wpatrywałam się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał, a moje serce podejmowało coraz to szybszy rytm. Zacisnęłam dłonie w pięści, aż poczułam, jak paznokcie przebijają skórę. Tylko to sprawiało, że potrafiłam powstrzymać się od płaczu. Wzdrygnęłam się, gdy drzwi wejściowe trzasnęły, ale jednocześnie odczułam ulgę.
Podniosłam się do pionu i na miękkich jak z waty nogach chwiejnie przemierzyłam odległość do zlewu. Wylałam resztę kawy, umyłam kubek i spojrzałam na ręcznik w czerwoną kratę. Przełknęłam głośno ślinę, a ręce otarłam o spodnie. Stałam w kuchni i nie potrafiłam zmusić się, żeby z niej wyjść. Działo się ze mną coś niedobrego. Słowa Daniela zabolały, a przecież nie powinnam się nimi przejąć.
Zegar na mikrofali wskazywał kwadrans po siódmej, a te dwie kropeczki pomiędzy godziną a minutami mrugały, odmierzając kolejne sekundy. Musiałam wziąć się w garść, bo Dalia zapewne już wstała i kwestią chwili było, aż wejdzie do kuchni i zacznie dopytywać, co się stało. Przecież nie mogłam jej powiedzieć, że jej mąż mi groził, rozpętałoby to kolejną wojnę.
Zmrużyłam oczy, przywołując w pamięci ostatnie dwa tygodnie. Miałam niemal pewność, że przez ten czas małżeństwo nie miało gorszych dni, a to znaczyło, że Dalia nie powiedziała o zaproszeniu Jareda na urodziny Emmy.
Przetarłam twarz dłońmi i przesunęłam wzrokiem po blacie. Przy słoiku z czekoladowymi płatkami leżała kartka, a na niej kilka banknotów. Zgarnęłam pieniądze razem z listą zakupów i wsunęłam je do kieszeni. Ostrożnie ruszyłam w kierunku wyjścia. Nasłuchiwałam, czy Dalia nie krząta się gdzieś w pobliżu, ale zdawało się, że nie wyszła nawet ze swojej sypialni.
Gdy tylko znalazłam się przy drzwiach, w pośpiechu wsunęłam bose stopy w trampki i wypadłam na zewnątrz. Od razu przysłoniłam oczy dłonią, bo promienie słońca padały wprost na moją twarz. Odetchnęłam pełną piersią, ale na niewiele się to zdało; nie sprawiło, że poczułam się lepiej.
Wyszłam za furtkę i rozejrzałam się po ulicy, na szczęście nikogo nie było. Skręciłam w lewo z nadzieją, że w drodze do sklepu, który znajdował się na końcu ulicy, nikt mnie nie zaczepi. Próbowałam skupić się na otoczeniu; na drzewach, domach, ogródkach, ale wszystko wydawało mi się niewłaściwe, wyblakłe, a uczucie beznadziei na nowo rozgościło się w mojej duszy.
Doszłam do skrzyżowania, gdzie Lipowa przecinała Akacjową. Zatrzymałam się przed przejściem dla pieszych, choć jeszcze ani razu o tej porze nie spotkałam tutaj auta. Wszyscy już wyjechali do pracy albo wyruszali później, co osobiście odbierałam za coś dobrego, przynajmniej nie napotykałam się na zbyt dużą ilość ludzi.
Spojrzałam to w jedną, to w drugą stronę i tym razem coś się zmieniło. Niedaleko stał motocykl, na którym ktoś siedział, a w ręce trzymał telefon. Przez chwilę przyglądałam się nieznajomemu, bo choć nie widziałam dokładnie sylwetki ani też twarzy, coś mi mówiło, że to mężczyzna. Motocyklista jakby wyczuł na sobie mój wzrok, podniósł głowę i mimo że miał kask, a jego twarz przysłaniała ciemna szybka, byłam pewna, że patrzył mi prosto w oczy i się przy tym uśmiechał. Zamrugałam kilkukrotnie, w gardle mi zaschło, a po plecach przebiegł zimny dreszcz. Dłonie zaczęły mi się pocić, a w umyśle wzbierała panika. Niemal biegiem pokonałam pasy i kilkanaście następnych metrów. Dopiero gdy znalazłam się w sporej odległości od krzyżówki, a do tego upewniłam się kilka razy, że on za mną nie idzie, ani też nie jedzie, zwolniłam.
Jak nic popadałam w paranoję...
Z nadal mocno bijącym sercem weszłam do sklepu, gdzie za kasą stała młoda dziewczyna. Zawsze witała wszystkich uprzejmym „dzień dobry” z szerokim uśmiechem przyklejonym do twarzy. Nie zniechęcała jej nawet moja grobowa mina i niechęć do nawiązywania dialogu. Ona miała w sobie tyle życia i radości, że robiło mi się niedobrze.
Cześć! – Pomachała do mnie zza lady i wróciła do kasowania pani Marii, która odwróciła się, chcąc sprawdzić, kto wszedł do sklepu.
Blanka! Dobrze, że jesteś! – Staruszka uśmiechnęła się do mnie ciepło, ale to i tak nie spowodowało, że czarny stwór siedzący na jej przygarbionych ramionach zniknął. Dziwne jednak było to, że nie odczuwałam wobec niego strachu. Przestawałam w ogóle rozumieć, co się ze mną działo, przecież jeszcze pół godziny temu te wszystkie emocje szarpały mnie od środka, a widząc to, nie czułam nic. – Kupiłam trochę owoców, wiesz, dla mojego wnuczka, przyjeżdża dzisiaj, a może jutro? Nie jestem pewna... Ale co ja to? A! Pomożesz mi z tymi siatkami? Stara już jestem, nie ta siła, co kiedyś, a w plecach jak coś mi strzyknie, to nie wstanę. Mój mąż, świętej pamięci, zawsze nosił zakupy, ale zmarło mu się zeszłej zimy i teraz sama muszę. Ile będzie razem?
Tak, to była czysta pani Maria Stein. Wciąż mówiła, przeskakiwała z tematu na temat, gubiła wątki i nie oczekiwała odpowiedzi. Mieszkała dwa domy dalej od Dalii, a Emma nazywała ją babcią. Mi też kazała tak do siebie mówić, ale wolałam zostać przy „pani Marii”.
Odruchowo skinęłam głową, choć ona i tak już tego nie zobaczyła, bo zajęła się młodą ekspedientką, a ja odeszłam w chwilową niepamięć. Bez dłuższej zwłoki chwyciłam zielony koszyk, wydobyłam z kieszeni kartkę i ruszyłam między półki. Nie skupiałam się na tym, po co sięgam i czy na pewno zgadzało się to z listą, bo myślami wciąż wracałam do motocyklisty; do tego, co poczułam, gdy na mnie spojrzał. A może to moja wyobraźnia znów wariowała?
Nawet nie zauważyłam kiedy, a stałam przy ladzie i wyciągałam na nią produkty. Pani Maria opowiadała jakąś historię ze swojego życia, ale nie słuchałam. Tylko po śmiechu dziewczyny, która pakowała moje zakupy do torby, mogłam stwierdzić, że ów opowieść miała w sobie coś śmiesznego, a może uroczego.
Do widzenia, pani Mario, udanych odwiedzin wnuka. – Ekspedientka uśmiechnęła się szeroko do staruszki, a już po chwili przeniosła wzrok na mnie. – Do zobaczenia jutro.
Odpowiedziałam jej tylko skinieniem głowy i, kierując się do wyjścia, przystanęłam przy sąsiadce, żeby zabrać jej zakupy. Gdy tylko opuściłyśmy sklep, ona na nowo zaczęła snuć jakąś opowieść, a w mojej głowie istniała jedna, jedyna myśl – czy on nadal tam był.
Powoli, ale nieustępliwie zbliżałyśmy się do skrzyżowania z ulicą Lipową, a moje serce znów zaczęło bić zbyt szybko. Zacisnęłam mocniej palce na siatkach. Przygryzłam dolną wargę tak mocno, że aż poczułam na języku krew, ale i tak nie przestałam tego robić.
W końcu nastał moment, gdy znalazłyśmy się na widoku. Każdy, kto znajdował się na Lipowej, z pewnością nas widział, ale nie było nikogo – motocyklista zniknął. Odetchnęłam z ulgą, bo dosłownie poczułam, jak kamień spadł mi z serca.
– Coś się stało, kochanie? – Pani Maria obrzuciła mnie badawczym spojrzeniem.
– Nie. – Pokręciłam głową. – Wydawało mi się, że ktoś tam był.
Może któryś z mieszkańców do pracy wychodził? – Kobieta popatrzyła w tym samym kierunku, co ja. – Dzisiaj wszyscy pracują. I matki i ojcowie, a dzieci do żłobków, przedszkoli, nianiek.
– Yhm... – przytaknęłam, choć wiedziałam, że mężczyzna tu nie mieszkał. Miałam niemal pewność, że ten ktoś mnie obserwował.
Tak, zdecydowanie była to paranoja.
Jak urodziłam Markusa, wiesz, ten mój najstarszy, to świętej pamięci Witek powiedział wyraźnie: ja pracuję na rodzinę, a ty siedzisz w domu i wychowujesz naszego syna. Tak mówił. – Staruszka westchnęła cicho. – Ale wtedy inne czasy były. Chłop utrzymał rodzinę, dom i jeszcze na wczasy można było jechać, a teraz? Gdyby nie moje dzieci, to bym o czarnej kawie i suchym chlebie żyła. Niby macie lepiej, wszystko takie nowoczesne, lepsze, ale wiesz, co ci powiem? Myślę, że macie gorzej. Ciągle za czymś biegniecie, a gdzie czas dla rodziny? Dla siebie? A ty, kochanie, masz narzeczonego? Bo ten najstarszy syn mojego Markusa, w sensie mój wnuk, Peter. Nie! Patrick. Peter to ten mały, co jutro do mnie przyjedzie, ciągle mylą mi się ich imiona... Ale ponoć w moim wieku to już normalne. Wracając do Patricka, ostatnio dziewucha go zostawiła, chociaż i tak jej nikt nie lubił, więc wszyscy szczęśliwi, prócz niego rzecz jasna. Może zgodzi się odwiedzić starą babcię, a ty byś przyszła na ciasto. A nuż ci się spodoba.
– Pani Mario, ja... – zaczęłam, ale nie udało mi się skończyć.
Tak, tak, wiem. On sobie sam musi żonę znaleźć, a nie że babcia będzie go swatać. – Machnęła ręką. – O! Już jesteśmy. Tak mi się z tobą dobrze rozmawiało, że nawet nie wiem, kiedy droga nam minęła.
Kobieta z torebki, którą miała przewieszoną przez ramię, wyciągnęła klucze i otworzyła drzwi. Swoją drogą, to mnie zastanawiało, bo mimo wieku odnajdywała w swojej torbie wszystko w kilka sekund, a Dalia wyruszała na przygodę życia, gdy chciała użyć błyszczyka.
Weszłam za panią Marią, wpatrując się w czarny dym, który spoczywał na jej plecach. Od momentu, kiedy ją poznałam, to nic się nie zmieniło. Wciąż tkwiło w tym samym miejscu, ani nie urosło, ani nie zmalało, po prostu istniało.
Odłożyłam jej zakupy na stole w kuchni i odwróciłam się, aby wyjść.
– Zaczekaj chwilkę. – Zaczęła szukać czegoś w torbach z zakupami, aż w końcu znalazła. Uśmiechnęła się i wsunęła do mojej siatki czekoladę. – Zawsze mi pomagasz z tymi tobołami, a ja nie mam jak ci się odwdzięczyć.
– Pani Mario, nie trzeba. I tak codziennie chodzę do sklepu.
Och wiem, wiem, ale chociaż tyle mogę. – Chwyciła moją dłoń i delikatnie ścisnęła, a wtedy coś zaczęło się zmieniać. Czarny dym poruszył się leniwie. Przez moment czułam się tak, jakby czas się zatrzymał. To po części oderwało się od staruszki, nie widziałam twarzy, tylko kłębiącą się czerń z osadzonymi w niej szkarłatnymi oczami w kształcie idealnych migdałów.
Cofnęłam się o krok, a pani Maria puściła moją rękę. Czas znów zaczął płynąć, a cień przestał się na mnie gapić. Był tylko czarnym dymem oplatającym kobietę.
Dziękuję – wyszeptałam i ruszyłam w stronę wyjścia.

No więc... Kolejny rozdział przed Wami. Coś tam się w nim zadziało i przedstawiłam wszystko to, co sobie zaplanowałam, a może nawet i więcej, więc zdecydowanie jestem z niego zadowolona.
Jak zawsze dziękuję za opinie i same odwiedziny. Miło wiedzieć, że jesteście i czekacie. ^^
A w ogóle, bo Cię omijam przy publicznych podziękowaniach, a zawsze napiszesz mi co myślisz. Frix! Dziękuję Ci baaaardzo nie tylko za przecinki, ale właśnie za te kilka zdań na temat każdego przeczytanego rozdziału. :)