2017-11-14

Rozdział dziewiąty

Blanka
Stałam przy oknie i wpatrywałam się w obraz za szybą. Przez moment poczułam się, jakbym znów znajdowała się w gabinecie Davisa, tylko że tutaj nie było krat. Taka subtelna różnica, a jednak stawiała mnie w zupełnie innym położeniu.
Zaplotłam ręce na piersi, a palce zacisnęłam na własnych ramionach, robiąc przy tym głęboki wdech. Tym razem obecność białej ćmy, która wciąż tkwiła na moim ramieniu, nie pomagała w opanowaniu własnych emocji. Czułam w sobie kłębiącą się złość i mogłam przysiąc, że gdy wystarczająco się skupiłam, to widziałam jak porusza się tuż pod skórą, a wszystko to przez świadomość, że za kilka chwil Dalia miała wejść do tej sali.
Potrząsnęłam głową, jakby to mogło pomóc mi w odegnaniu negatywnych uczuć wobec siostry. Nie potrafiłam pojąć, dlaczego oskarżyła Jareda, choć wcale jej z nami nie było. Przecież ona nie zachowywała się w ten sposób! A jednak to zrobiła, przez co zwyczajnie byłam na nią zła.
Wstrzymując oddech, odwróciłam się w stronę drzwi w momencie, gdy one się otworzyły. Spojrzenie moje i Dalii się skrzyżowało, a wtedy w jej oczach dostrzegłam strach, który jednak szybko ukryła. Uśmiechnęła się blado i nieśmiało przekroczyła próg sali.
– Przyjechałam od razu, gdy do mnie zadzwonili – powiedziała cicho, zaciskając dłonie na pasku od torebki. – Strasznie się o ciebie martwiłam.
– I dlatego doniosłaś na policję? – wyrzuciłam z siebie beznamiętnym tonem, co nawet mnie zaskoczyło, bo nie sądziłam, że będę w stanie zapanować nad własnymi nerwami. I nie zawiodłam się, bo po chwili syknęłam głośno niezadowolona. – Jak mogłaś? Przecież nawet cię tam nie było! Wiesz jak go będą traktować?
– Blanka... – Moje imię w ustach Dalii zabrzmiało bardziej jak jęk, niż zrozumiałe słowo. Jej szkliste spojrzenie nieustępliwie wbijało się w moją twarz, a ja miałam nieodpartą ochotę zwyczajnie ją uderzyć. Siostra przesunęła się kilka kroków w moją stronę i o tyle samo się odsunęłam. – Daj sobie wytłumaczyć.
– Niby co? – wydusiłam, po czym znów zacisnęłam usta. Z ledwością panowałam nad sobą, co zaczynało mnie przerażać. Nigdy nie czułam czegoś podobnego, a zwłaszcza wobec Dalii. Kochałam ją, do cholery! To ona wciąż o mnie walczyła, nawet wtedy gdy wszyscy spisali mnie na straty, a jednak miłość do niej odeszła gdzieś na dalszy plan, zastąpiona przez chęć zrobienia jej krzywdy.
– Szpital sam wezwał policję, a...
– A ty powiedziałaś, że to Jared – prychnęłam, opuszczając ręce wzdłuż ciała. Bezwiednie zacisnęłam dłonie w pięści, a ćma zerwała się do lotu.
– Tam było mnóstwo krwi, twojej krwi... i on był nią ubabrany. – Dalia przełknęła głośno ślinę i przyłożyła palce do ust, powstrzymując szloch. – Klęczał nad tobą.
– Starał się mi pomóc – odpowiedziałam już nieco łagodniej. Powoli odzyskiwałam spokój, ale wciąż czułam mrowienie pod skórą, które jakby czekało na rozwój wydarzeń. Wzięłam głęboki wdech i znów odwróciłam się w stronę okna. Wpatrywałam się w niebo, na którym leniwie przesuwało się zaledwie kilka białych obłoków. Kątem oka widziałam, że ćma przysiadła na parapecie, ale tym razem nie patrzyła na mnie, a na Dalię.
– Nie wiedziałam, że...
– Kiedy mogę stąd wyjść? – przerwałam siostrze, czym chyba ją zaskoczyłam, bo gdy na nią spojrzałam, to wciąż miała otwarte usta.
– Za kilka dni – odpowiedziała po dłuższej chwili milczenia. W jej oczach dostrzegłam smutek, ale nie tyczył się on mojego pobytu w szpitalu, a tego, że w tak chłodny sposób się do niej odnosiłam. Nie potrafiłam nad tym zapanować, nie w tamtej chwili. – Chcą, abyś została jeszcze na obserwacji.
– Świetnie – prychnęłam pod nosem i podeszłam do łóżka. Położyłam się na nim, a wzrok utkwiłam w nocnym motylu, który podleciał i przysiadł na stojaku z kroplówką.
Starałam się oddychać spokojnie i miarowo, ale moje serce zamiast wrócić do równego rytmu – przyspieszyło. Zacisnęłam zęby i powieki, jakby to miało mi pomóc zapanować nad tym co się ze mną działo, a czego w żaden sposób nie potrafiłam zrozumieć. Czułam się inna i w jakiś pokrętny sposób podobało mi się to. Byłam pewniejsza siebie, choć tak naprawdę błądziłam po omacku, bo w końcu nie miałam o niczym bladego pojęcia. Za to doskonale pamiętałam sen... Nie, nie sen, to miejsce istniało, a ja z nieznanych mi powodów czułam się tam sobą, choć siebie nie przypominałam.
Wzdrygnęłam się, gdy Dalia dotknęła mojej dłoni. Uniosłam powieki, a ona gwałtownie się cofnęła, wstrzymując przy tym oddech.
– Twoje oczy... – wyszeptała z przerażeniem.
– Co z nimi? – Mrugnęłam, po czym przyglądałam się siostrze z zaciekawieniem.
– Wydawało mi się... – Potrząsnęła głową, a na usta przywołała wymuszony uśmiech. – Musiało mi się przewidzieć, to na pewno przez nerwy. – Przytaknęła sama sobie, ale wiedziałam, że nie wierzyła w to. Na jej twarzy malował się autentyczny strach i nawet jeśli się starała, to nie potrafiła tego przede mną ukryć.
– Dalia – wypowiedziałam jej imię przez niemal zaciśnięte usta, co wcale nie zabrzmiało dobrze. Chciałam, żeby mi po prostu powiedziała, co takiego zobaczyła, ale ona nie miała najwyraźniej takiego zamiaru, bo tylko mocniej chwyciła pasek od torby.
– Muszę odebrać Emmę z przedszkola – powiedziała cicho, a z każdą sekundą stawała się coraz bledsza. Przełknęła głośno ślinę, po czym bezwiednie przejechała językiem po wyschniętych ustach. – Przyjadę jutro, dobrze? Potrzebujesz czegoś?
– Nie. – Przekrzywiłam delikatnie głowę, odprowadzając siostrę wzrokiem do drzwi. – Dalia?
– Tak? – Zamrugała zaskoczona i powstrzymała się od naciśnięcia klamki.
– W niedzielę Emma nie chodzi do przedszkola. – Uśmiechnęłam się z nutą wyższości, bo jakaś część mnie odczuwała radość z tego, że ona się mnie bała do tego stopnia, iż postanowiła skłamać, aby tylko nie przebywać dłużej ze mną w jednym pomieszczeniu.
Dostrzegłam w jej oczach panikę, ale nic więcej nie powiedziałam. Opadłam z westchnieniem na poduszkę, dając tym do zrozumienia siostrze, że nie oczekiwałam wyjaśnień ani nie miałam ochoty na jej towarzystwo. I chyba zrozumiała, bo wyszła bez słowa.
Podłożyłam ręce pod głowę i po prostu gapiłam się na sufit. Niemal byłam pewna, że Dalia zobaczyła to samo co ja, gdy znajdowałam się w tamtym miejscu i stałam przed lustrem. Moje oczy musiały stać się smoliście czarne. Inne wyjaśnienie na jej strach zwyczajnie nie wchodziło w grę. Tylko dlaczego akurat teraz? Co się takiego zmieniło, że koszmary stały się namacalne?
Z moich ust wydobyło się ciche westchnienie. Nie rozumiałam świata, który mnie otaczał i chyba nigdy nie miałam go zrozumieć, bo niby jak? Byłam wybrykiem natury bez celu, bez nadziei, bez perspektyw. Wciąż tkwiłam w zawieszeniu, choć chciałam pójść naprzód.
Roześmiałam się i to w głos. Zamiast zrobić cokolwiek, aby coś zmieniło się na lepsze, to ja tylko użalałam się nad sobą. Byłam żałosna. Zdecydowanie.
Chciałam podnieść się z łóżka, ale zamarłam, bo usłyszałam nucenie. Zmarszczyłam brwi i starałam się namierzyć źródło dźwięku, bo wydawało mi się, że głos dobiegał mnie zewsząd. Po kilku sekundach nucenie stało się wyraźniejsze i bardziej spójne. Podźwignęłam się na łokciach, a gdy w kącie sali zobaczyłam dziecko, aż otworzyłam usta. Mimo że ono stało do mnie tyłem, a skołtunione czarne włosy nie stanowiły żadnej wskazówki, wiedziałam, iż to chłopiec.
– Co tu robisz? – Dziecko przestało nucić, ale nie odwróciło się w moją stronę, więc wstałam z łóżka i powoli zmierzałam w jego stronę. – Rozumiesz co mówię?
Gdy znalazłam się na wyciągnięcie ręki od skulonego chłopca, on gwałtownie odwrócił się, a ja upadłam na plecy. Zasłoniłam dłońmi uszy, ale to zdawało się na nic, bo wrzask wdzierał się do mojej głowy, przynosząc niewyobrażalny ból.
W jednej chwili zapadła cisza, a dziecko o oczach, jak dwie studnie bez dna, przypatrywało mi się uważnie, przekrzywiając przy tym delikatnie głowę. Z wolna uniosło dłoń, jakby chciało mnie dotknąć, ale wycofałam się.
Pomóż nam – usłyszałam, choć chłopiec nie otworzył ust, za to wskazywał na mnie palcem bez paznokcia i pokrytym krwią. Przesunęłam się jeszcze bardziej w tył, chcąc znaleźć się jak najdalej od tego dziwnego dzieciaka. Wtedy on wbił swoje puste spojrzenie w ćmę, która nadal siedziała na stojaku z kroplówką.
Obiecałeś – znów dziecięcy, nieco zachrypnięty głos rozbrzmiał w pomieszczeniu, przyprawiając mnie o gęsią skórkę. Wtedy też nocny motel zatrzepotał skrzydełkami i zerwał się do lotu, po czym wylądował na moim podciągniętym do piersi kolanie. Chłopiec z powrotem przeniósł na mnie wzrok, a na jego twarzy pojawił się grymas przypominający niedowierzanie. Przekrzywił lekko głowę, jednocześnie robiąc kilka drobnych kroków w moim kierunku.
Musisz nam pomóc nim będzie za późno.
Wpatrywałam się w miejsce, gdzie jeszcze przed sekundą stał chłopiec i po prostu nie dowierzałam. Nie pozostał po nim nawet najmniejszy ślad – jedynie jego obraz w mojej głowie, którego nigdy nie będę się w stanie pozbyć. Zresztą jak ich wszystkich. Przecież jeden więcej nie zrobi mi różnicy.
Zamknęłam w końcu usta, zdając sobie sprawę, że cały czas miałam je otwarte. Machnęłam dłonią, przeganiającym tym gestem ćmę i podźwignęłam się na nogi. Początkowo odmawiały mi posłuszeństwa, ale chwyciłam się łóżka i trzymałam się go tak długo, aż moje kolana przestały udawać watę.
Bezwiednie uniosłam głowę, a mój wzrok spoczął na stojaku na kroplówki. Wystarczyło jedno słowo, a na pewno podaliby mi jakieś środki uspokajające i dziwne halucynacje przestałyby mnie nękać, ale jakaś część mnie nie chciała tego. Podświadomie wiedziałam, że to co widziałam, i to za każdym razem, nie było omamem, a prawdą. W jakiś pokręcony sposób wszystko to, czego nie mogłam wytłumaczyć w racjonalny sposób łączyło się ze sobą i ze mną, tylko jeszcze nie potrafiłam zrozumieć dlaczego akurat ja.
Przymknęłam oczy i starałam się uspokoić walące w piersi serce. Na moje szczęście, choć raz ten nieszczęsny organ postanowił współgrać ze mną i po prostu zwolnił. Po kilku kolejnych sekundach mój oddech się wyrównał, a cały strach wyparował. Musiałam wziąć się w garść i zacząć działać. Skoro ta istota mówiła, to musiałam spotkać się z nią jeszcze raz i porozmawiać, a przede wszystkim dowiedzieć się, w czym miałabym jej... im pomóc.
Zacisnęłam powieki, przywołując w pamięci obraz chłopca, a moja skóra zaczęła mrowić. Po kilku sekundach to uczucie się nasiliło, po czym nagle ustało. Najpierw do mich uszu dobiegł dźwięk skwierczenia, a tuż po nim przytłumiony jęk. W moje nozdrza uderzył odór stęchlizny i dopiero wtedy postanowiłam otworzyć oczy.
Zamrugałam kilkukrotnie z niedowierzaniem, ale mimo to kąciki moich ust nieznacznie uniosły się ku górze. Nie miałam bladego pojęcia jak to zrobiłam, ale wiedziałam, że tylko dzięki mojej woli znalazłam się w tym świecie. Wystarczyło tylko znaleźć chłopca i dowiedzieć się, o co mu chodziło.
Kolejny jęk zmusił mnie do zwrócenia się w kierunku jego źródła. Wpatrywałam się w ścianę, a raczej w to, co w niej tkwiło. Zwęglona istota wyciągała ręce w moją stronę, jakby chciała mnie pochwycić, ale nie mogła ruszyć się nawet o milimetr, bo od pasa w dół tkwiła w czymś, co przypominało na wpół zastygniętą lawę. Zaciekawiona stworem podeszłam bliżej, chcąc mu się lepiej przyjrzeć. Mimo to, że w oczodołach nie widziałam gałek ocznych, to wydawało się, że to mnie widziało, a może po prostu wyczuwało moje położenie.
Gdy stanęłam naprzeciw tego czegoś, obok mnie pojawił się chłopiec. Odsunęłam się gwałtownie, ale on nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, tylko wpatrywał się stwora.
– Potępiona dusza – poinformował mnie, choć nie poruszył ustami. Powoli odwrócił się w moją stronę i wzruszył ramionami. – Nie pomożesz mu, ale nam tak.
– Ja... – zaczęłam, ale nie wiedziałam, co tak właściwie chciałam powiedzieć. Westchnęłam ciężko, po czym przesunęłam dłonią po czole i na moment zamarłam. Pod palcami poczułam gładką, chłodną powierzchnię wielkości paznokcia. Kamień. Wyciągnęłam przed siebie ręce i przez dłuższą chwilę po prostu się im przyglądałam. – Dlaczego... Gdzie ja jestem?
Zacisnęłam dłonie w pięści, ignorując ból, gdy czarne szpony wbiły się w moją skórę. Patrzyłam na dziwnego dzieciaka wyczekująco, a on leniwie rozglądał się dookoła, jakby podziwiał coś niezwykłego.
– Przecież to Limbo – oznajmił nieco rozbawiony.
– Limbo? – powtórzyłam tępo, bo nie miałam bladego pojęcia czym Limbo było, a to, że się w tym miejscu znajdowałam, niczego nie zmieniało. Już otwierałam usta, żeby zapytać dlaczego wyglądałam inaczej, ale powstrzymałam się, bo na twarzy chłopca pojawiło się coś, co mogło przypominać strach.
– Idzie... – wyszeptał, po czym chwycił mnie za nadgarstek i pociągnął. – Musisz stąd iść. On nie może cię zobaczyć.
Dzieciak parł do przodu, ciągnąc mnie za sobą. Z ledwością za nim nadążałam, a kilka razy nawet potknęłam się o własne stopy, o mało co nie lądując na kolanach. Próbowałam wyszarpnąć rękę, ale uścisk był zbyt mocny, więc po paru nieudanych próbach dałam sobie spokój i przyglądałam się otoczeniu.
Wydawało mi się, że nadal znajdowałam się w szpitalu, ale w zupełnie innym jego wydaniu. Ze ścian płatami odpadała poczerniała farba, a w niektórych miejscach brakowało cegieł, dzięki czemu mogłam zajrzeć do innych pomieszczeń. Właśnie przez jedną z takich dziur przeszedł chłopiec, a ja zanim. Niemal od razu tego pożałowałam, bo przed sobą zobaczyłam niezliczoną ilość cieni, które wpatrywały się czerwonymi ślepiami wprost we mnie.
Wyprostowałam się jak struna i z trudem przełknęłam ślinę. Błądziłam wzrokiem po masie kłębiącej się ciemności i całą sobą chciałam stamtąd uciec. Postawiłam nawet pierwszy krok w tył, ale nie zauważyłam, że chłopiec stał za mną.
– W nich cię nie znajdzie. – Usłyszałam i nim zdążyłam się zorientować, popchnął mnie wprost w cienie.
Krzyczałam. Nie byłam pewna jak długo, ale poczułam pieczenie w gardle. W końcu zamilkłam, bo to i tak niczego nie zmieniało – wciąż spadałam otoczona przez mrok, ale przynajmniej bez obecności rubinowych oczu.
Jęknęłam z bólu, bo z impetem wylądowałam na płytkach. Przetoczyłam się na plecy, a gdy uniosłam powieki, zobaczyłam sterylną biel i szafki z lekami. Sala w najmniejszym stopniu nie przypominała Limbo, a ja znów nie wiedziałam, co się tak właściwie wydarzyło i jakim cudem się tu znalazłam. Z trudem podniosłam się z podłogi, ale przynajmniej utrzymałam się na nogach. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, jednak nigdzie nie było śladu po chłopcu, a nawet po cieniach. Ostrożnie podeszłam do drzwi i wyjrzałam, jak się okazała, na szpitalny korytarz.
Co prawda nie pierwszy raz przenosiłam się do tamtego świata i z powrotem, ale za każdym razem wracałam do tego samego pomieszczenia, a tym razem wyglądało na to, że znalazłam się gdzie indziej.
Zanim wyszłam na korytarz, spojrzałam na swoje dłonie, a gdy upewniłam się, że wyglądały zupełnie normalnie, uniosłam je i dotknęłam czoła. Odetchnęłam z ulgą, bo pod palcami nie wyczułam nic poza ciepłą skórą. Miałam tylko nadzieję, że moje oczy wyglądały tak jak zwykle i nikt się nie przerazi, gdy się na mnie natknie.
Po przekroczeniu progu pokoju, szłam powoli w stronę swojej sali, przynajmniej tak mi się wydawało. Musiałam jak najszybciej porozmawiać z lekarzem i wyjść do domu, żeby móc pójść na ten przeklęty posterunek i odkręcić to, co nakręciła Dalia, a później dowiedzieć się czym było Limbo, kim był chłopiec bez oczu i kogo się wystraszył i dlaczego mówił do mojej ćmy. A przede wszystkim musiałam się dowiedzieć jaka była w tym wszystkim moja rola, bo to, co działo się wokół mnie, przekraczało granice szaleństwa.

Leżę z terminami – wiem. Dni lecą mi zbyt szybko i wychodzi, że mam zbyt mało czasu, ale w żadnym wypadku nie przestaję pisać – czy to chodzi o Wojnę pomiędzy złem, Bleeding Out, czy też Zagubione Dusze. Nie będę obiecywać kiedy pojawi się kolejny rozdział, bo nie jestem w stanie tego przewidzieć, ale mam niespodziankę, która może troszeczkę wynagrodzi Wam ten czas oczekiwania. Nieznajoma narysowała dla mnie portrety Blanki i Jareda, a znajdziecie je w zakładce o blogu. Zachęcam do wyrażania swojej opinii na ich temat – osobiście jestem zachwycona, więc pewnie jeśli ktoś powie, że są blee, to pogryzę... tak więc, no... Mam nadzieję, że rozdział się podobał. Dziękuję za wyświetlenia i opinię! Do następnego. ^^