2018-11-07

Rozdział siedemnasty

Jared
Odetchnąłem z ulgą, gdy Blanka zgodziła się na rozmowę w cztery oczy. Wiedziałem, że nie miałem najmniejszego wpływu na to, kim była, ale i tak dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Chciałem jej wszystko wyjaśnić. Wytłumaczyć, jak ta sytuacja wyglądała z mojej strony. Zapewnić, że świadomie nigdy bym się na to nie zgodził.
Odruchowo przeczesałem palcami włosy, przy okazji zerkając na milczącą dziewczynę. Szła obok ze spuszczoną głową i rękoma w kieszeniach szarej bluzy, a kilka brązowych kosmyków opadło jej na twarz.
Westchnąłem w duchu, gdy komórka w mojej kieszeni zaczęła wibrować. Niezadowolony z faktu, że akurat w tej chwili ktoś dzwonił, sięgnąłem po nią. Wystarczył rzut oka na wyświetlacz, żebym musiał powstrzymywać się przed rozwaleniem telefonu o ścianę najbliższego budynku.
Czego? – warknąłem, a Blanka podniosła na mnie wzrok.
Dogoniłeś ją?
Tak – odparłem z nadzieją, że to Ashowi wystarczy, ale pomyliłem się, bo on nie miał zamiaru tak szybko kończyć rozmowy.
Nałożyłeś jej pieczęć?
A jak myślisz? – zapytałem z irytacją, co zupełnie zignorował.
To dobrze. Jakby ją wciągnęło... Wiesz, że nie mógłbym iść za nią do Limbo. Kilka sekund i jestem trup zamilkł, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym odchrząknął. – Kiedy będziecie z powrotem?
Nie wiem. Nie za szybko – rzuciłem, nawiązując kontakt wzrokowy z dziewczyną przysłuchującą się rozmowie.
To co ja mam robić?
Do cholery, Ash! Obejrzyj mecz, zrób sobie coś do żarcia, zadzwoń do Meg, umyj naczynia, cokolwiek, bylebyś dał mi spokój. Nara. – Przeciągnąłem palcem po ekranie, po czym wyłączyłem komórkę i wsunąłem ją do kieszeni. Uśmiechnąłem się do Blanki, która wciąż mi się przyglądała. – Nie będzie już przeszkadzał.
Dziewczyna wzruszyła ramionami i skierowała wzrok przed siebie. Wydawała się być nieobecna, skupiona na własnych myślach. Powiedziałbym nawet, że wyglądała na niezwykle spokojną, co zważając na to, czego się dowiedziała, było wręcz śmiesznym pomysłem.
Skręciłem w boczną, niezbyt przyjemną uliczkę. Blanka nie zawahała się ani sekundy, tylko zrobiła to samo, choć jej mina na widok przepełnionych kontenerów i piętrzących się stert śmieci nie świadczyła o zadowoleniu.
Odwróciła gwałtownie głowę, gdy coś zaszeleściło i zapiszczało.
Jeśli natknę się na jakiegoś szczura, to pożałujesz – mruknęła, przyspieszając kroku, a ja nie mogłem powstrzymać się przed uśmiechem. – To nie jest zabawne.
Już tylko kawałek – zapewniłem, wskazując zakończenie uliczki. – Po drugiej stronie jest park.
Po kilku minutach szliśmy wąską ścieżką, której chyba poza mną nikt nie znał. Ja w przeciwieństwie do Blanki nie rozglądałem się dookoła, bo znałem to otoczenie równie dobrze jak własne mieszkanie. Może ten park został zapomniany, a rośliny tu rosnące żyły własnym życiem, ale na tym polegał jego urok. Z dala od zatłoczonych ulic, rozgorączkowanych ludzi, nawarstwiających się problemów – w spokoju i ciszy tego miejsca można było znaleźć ukojenie.
Poprowadziłem nas do ławki nad stawem, gdzie szczególnie lubiłem przesiadywać. I chyba słusznie postąpiłem, bo na twarzy Blanki dostrzegłem zachwyt, gdy wodziła wzrokiem po krajobrazie. Najdłużej zatrzymała się na liliach wodnych, a kącik jej ust uniósł się nieznacznie. Zrobiwszy głęboki wdech, uśmiechała się już szeroko.
Pięknie tu. I tak spokojnie – powiedziała cicho, przymykając powieki.
Miasto chyba zapomniało, że jest tu park – stwierdziłem i usiadłem na oparciu ławki. – Rzadko kto tu przychodzi.
A ty? – zapytała z zaciekawieniem, otwierając oczy. Podeszła i zajęła miejsce obok mnie.
Zawsze gdy mam dość świata – przyznałem. Podrapałem się po policzku w zamyśleniu. – Więc dość często.
Niemal niezauważalnie skinęła głową, po czym na powrót skupiła się na kolorowych liliach.
Nie mogłem się powstrzymać przed patrzeniem na nią. Oczy jej lśniły, usta miała lekko rozchylone, a policzki zaczerwienione. Nawet smutek malujący się na smukłej twarzy nie odbierał jej urody.
Nie chciałem tego – zacząłem, przerywając ciszę. – Ash dużo opowiadał o Limbo i demonach. Nie chciałem, żeby i ciebie w to wciągał.
Skoro nie chciałeś, to dlaczego mi o nim powiedziałeś? Skąd to spotkanie? – Nie spoglądała na mnie, zadając pytania. Wpatrywała się w jakiś punkt w oddali, a palce zaciskała na własnych kolanach.
To wszystko jest dość... Nawet nie wiem, jak to określić. – Zaśmiałem się cicho, choć tak naprawdę wcale nie było mi do śmiechu. Zrezygnowany wypuściłem powietrze i przeciągnąłem dłonią po włosach, zaczesując je do tyłu.
Dziś, zanim przyszłam, Dahlia stwierdziła, że on może być oszustem – wyszeptała, decydując się podnieść na mnie wzrok.
Nie jest – zaprzeczyłem, choć widząc nadzieję w jej oczach, miałem szczerą ochotę zapewnić, że Ash wszystko zmyślił. Jednak to by niczego nie zmieniło. Ona nadal widywałaby potwory. I wciąż po części by nim pozostawała. – Wiem, jak to wygląda. Gdy się dowiedziałem, sam nie chciałem w to wierzyć.
Od kiedy wiesz?
O demonach? – Zastanowiłem się przez chwilę. – Jakieś dziesięć lat. O tobie od soboty, choć podejrzewałem już na urodzinach Emmy.
Wypadek w kuchni? – zapytała zaskoczona, a ja uśmiechnąłem się pod nosem.
Dziewczyno, zniknęłaś i to dosłownie. Po sekundzie, może dwóch się pojawiłaś.
Byłam u ciebie, nic nie powiedziałeś – stwierdziła i zaczęła skubać skórki przy paznokciach.
A co miałem powiedzieć? Hej, Blanka, masz coś z demona? Tak? Spoko, nie jestem rasistą. – Uśmiechnąłem się, widząc że i ona się uśmiechnęła. Chwyciłem za jej dłoń, a gdy znieruchomiała, puściłem. – Nie rób tak, krew będzie ci lecieć.
Skąd znasz Ashanttela? – Naciągnęła rękawy na ręce i się objęła.
Z więzienia – odparłem bez zastanowienia, bo przecież i tak wiedziała o mojej odsiadce. – Przez jakieś trzy lata dzieliliśmy celę. Zdarzało się, że znikał, a później pojawiał się jak gdyby nigdy nic. W końcu przyznał się, kim jest. Początkowo nie uwierzyłem, ale gdy pokazał mi się w demonicznej wersji, ciężko było zaprzeczać.
Dlaczego pobiłeś tamtego mężczyznę? – Spojrzała na mnie z uwagą, a po chwili znów wpatrywała się w obraz przed nami. – Daniel nazwał cię mordercą.
Zatkało mnie. Nie spodziewałem się, że rozmowa zejdzie na moją przeszłość. I wcale nie byłem zachwycony z tego powodu. Powiodłem wzrokiem po profilu Blanki, zastanawiając się, po jaką cholerę chciała to wiedzieć. Przecież nawet moja rodzina miała gdzieś, dlaczego tak się wszystko potoczyło. Dla ojca i brata liczył się tylko fakt, że z mojej ręki zginął człowiek. A mama? Mamę to przerosło. Ona wciąż płakała.
Po co ci to wiedzieć? – odezwałem się w końcu, a ona wzruszyła ramionami.
Nie wierzę, że zrobiłeś to tak po prostu, bo chciałeś. Sądzę, iż miałeś ku temu jakiś powód.
Zaśmiałem się krótko, choć wesołości w tym nie było za grosz. Przeczesałem palcami włosy, spuszczając wzrok. Rozum podpowiadał, że już dość namieszałem w życiu tej dziewczyny. Miała dość swoich problemów. Powinienem odsunąć się i pozwolić, aby to Ash się nią zajął. Tylko zwyczajnie tego nie chciałem. Sama myśl, że on przebywałby z nią sam na sam, budziła we mnie złość. Pewniej się czułem, gdy znajdowałem się obok. A nawet świadomość, że za tą uroczą buźką kryła się demoniczna twarz w ogóle mi nie przeszkadzała.
Wydobyłem z kieszeni paczkę fajek i zapalniczkę. Odpaliwszy papierosa, zaciągnąłem się dymem i przez chwilę wpatrywałem się w białe obłoczki, opuszczające moje usta.
Za młodego uciekłem z domu – zacząłem, a zaskoczone spojrzenie Blanki skupiło się na mojej twarzy. – Nigdy nie dogadywałem się z ojcem, a im starszy byłem, tym nasza relacja gorzej wyglądała. Do dziś pamiętam, jak się darł, że jestem pomyłką i jest mu wstyd.
Jak można powiedzieć coś takiego własnemu dziecku? – wyszeptała z przejęciem.
Nie w tym rzecz. – Strzepałem popiół na ziemię i znów wcisnąłem fajkę między wargi. – Spakowałem się i ruszyłem przed siebie. Poznałem pewnych ludzi, załapałem robotę, a do domu nie miałem zamiaru wracać. W ogóle chciałem się odciąć. Tylko co jakiś czas dzwoniłem do mamy, żeby wiedziała, że żyję. W międzyczasie poznałem Amandę. Śliczna szatynka o dużych, piwnych oczach. Gdy się uśmiechała, w jej prawym policzku pojawiał się uroczy dołeczek. Uwielbiałem go, choć ona nienawidziła.
Uśmiechnąłem się na własne wspomnienie. Przez krótką chwilę poczułem się jak wtedy, gdy wpatrywałem się maślanym wzrokiem w Amandę.
Zamrugałem kilka razy, wyrywając się z zamyślenia. Przestałem się uśmiechać i znów zaciągnąłem się papierosem. W końcu niedopałek wylądował na siedzisku ławki i został zmiażdżony butem.
Zakochałem się w niej bez pamięci i może właśnie dlatego tak się to potoczyło. Byłem młody, głupi i sądziłem, że wszystko wiem najlepiej.
Miała kogoś? – zapytała Blanka, marszcząc przy tym nos.
Ta – rzuciłem obojętnie, choć w okolicach serca poczułem ból. Wbiłem wzrok w jakiś punkt w oddali, zaciskając na moment zęby. – Dragi i brata. Za każdym razem gdy zaćpała, szukałem jej po melinach i wyciągałem. Zabierałem do mieszkania, myłem, ubierałem i czuwałem. Zawsze obiecywała, że się pozbiera, że przestanie, że to ostatni raz, a ja wierzyłem. I faktycznie jeden raz był tym ostatnim. Znalazłem ją zupełnie nieprzytomną, podrapaną, posiniaczoną i na pół nagą. Po miesiącu okazało się, że jest w ciąży.
Blanka ze świstem wciągnęła powietrze, a ja obserwowałem, jak jej oczy rozszerzają się i pojawia się w nich zrozumienie. Potrząsnęła głową i na zmianę to otwierała, to zamykała usta, przez co wyglądała jak ryba wyciągnięta z wody.
Jared – zaczęła niepewnie i przełknęła z trudem ślinę. Gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, na jej policzkach znów pojawiły się rumieńce. – Ja... to znaczy... Dlatego byłeś taki zły? – Przygryzła dolną wargę, po czym zrobiła głęboki wdech. – Oni mi nic nie zrobili. Nigdy mnie nie tknęli.
Przytaknąłem z wolna, czując ogromną ulgę. W tym całym bałaganie, który nas otaczał, to była naprawdę dobra wiadomość.
Skierowałem wzrok na staw i patrzyłem na nieruchomą taflę. W dłoniach wciąż trzymałem paczkę papierosów. Zacząłem się nią bawić.
Amanda wtedy naprawdę się zmieniła – podjąłem na nowo temat. – Skończyła z ćpaniem i urwała z nimi wszystkimi kontakt, nawet z bratem. Cieszyła się, że zostanie matką. W piątym miesiącu dowiedzieliśmy się, że to będzie chłopak. Oświadczyłem się jej. – Głos mi zadrżał, a przed oczami stanął obraz, którego już nigdy nie wymażę z pamięci. Spuściłem głowę i objąłem ją rękoma.
Nie musisz... – urwała, nim dokończyła. Położyła dłoń na moim ramieniu i lekko ścisnęła.
Podniosłem wzrok na Blankę. Znajdowała się tak blisko, że niemal stykaliśmy się kolanami. Przez chwilę wpatrywałem się w jej poruszające się usta, ale nie docierały do mnie żadne słowa.
Wyprostowałem się gwałtownie. Drżącymi rękoma wyciągnąłem papierosa i, wciskając go między wargi, odpaliłem. Końcówka rozżarzyła się na pomarańczowo, a Blanka zabrała dłoń.
Wyszedłem do roboty, a gdy wróciłem, już ich nie było. – Zaciągnąłem się dymem, gdy wspomnienia w mojej głowie przeskakiwały, jakby ktoś włączył projektor ze zdjęciami. – Przyszedł jej brat. Prawdopodobnie po kasę na dragi. Amanda nie chciała mu jej dać, więc ją popchnął. Uderzyła głową o kant stolika. Ten skurwiel ściągnął jej z palca pierścionek. Ona i dziecko... Nie mogli ich uratować, było za późno.
Przykro mi – wyszeptała Blanka, a ja znów spojrzałem w jej oczy.
Znalazłem go i zacząłem bić. Gdyby nie policjant, który za mną pojechał, zatłukłbym go na miejscu. – Potarłem wolną dłonią usta, po czym je oblizałem. – Jestem mordercą. Zabiłem Roba i tego nie żałuję.
Czekałem, aż Blanka zareaguje na moje słowa. Dopatrywałem się w niej oznak niechęci, obrzydzenia, strachu – czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że właśnie mnie przekreśliła. A ona po prostu siedziała i patrzyła bez choćby cienia potępienia w tych swoich zielonych oczach.
Zrozumieliby, gdybyś im powiedział – stwierdziła po chwili i skinęła sobie głową. – Jestem tego pewna.
Nigdy nie pytali – odparłem obojętnie, kończąc papierosa.
Więc dlaczego nie zrobiłeś tego sam? – drążyła dalej. Objęła się ramionami i uparcie patrzyła mi w oczy.
Blanka... – westchnąłem ciężko, przeciągając dłonią po twarzy. – To nie jest takie proste. Oni mnie nie chcą, rozumiesz?
Ściągnąłem brwi, gdy na jej ustach pojawił się lekki uśmiech. Wyciągnęła przed siebie rękę i palcami drugiej zaczęła wodzić po narysowanym przeze mnie znaku.
Proste to nie jest pojąć, że jest się demonem. – Wypuszczając powietrze przez usta, zsunęła rękaw na dłoń i oparła o nią brodę. – Skąd możesz wiedzieć, że oni cię nie chcą? Przecież to ty ich zostawiłeś.
Zamrugałem zaskoczony. Nie tego się spodziewałem. Nawet Brad w naszych rozmowach nie wytknął mi właśnie tego. A ona tak po prostu stwierdziła rzecz oczywistą, którą z uporem maniaka wypierałem.
Odchyliłem głowę do tyłu. Przyglądałem się koronom drzew i przebijającym się przez nie promieniom słońca. Chciałem pomóc Blance oswoić się z nową wiedzą, a wyglądało na to, że to ona pomagała mi pogodzić się z przeszłością.
Spojrzałem na nią z ukosa. Bawiła się nitką przy rękawie, skupiając na tym całą uwagę.
A co teraz z tobą? – zapytałem, wsuwając papierosy do kieszeni.
Nie wiem. – Potarła policzkiem o ramię. – Muszę... muszę się tego wszystkiego nauczyć. Zrozumieć.
Więc wierzysz.
To wiele wyjaśnia – przytaknęła i przygryzła wargę, a ja się powstrzymywałem, żeby jej za to nie zganić. – Chociaż nadal nie wiem, co ty masz z tym wspólnego.
Skrzywiłem się na jej stwierdzenie.
Ash mi pomógł, a w zamian chciał, abym dał mu znać, gdy spotkam dziewczynę-demona – wyjaśniłem niechętnie.
On wiedział – powiedziała spokojnie, uderzając palcami o kolana. – On musiał wiedzieć o wszystkim.
Patrzyłem na Blankę wyczekująco z nadzieją, że rozwinie swoją myśl. Ona jednak zdawała się w ogóle nie zwracać na mnie uwagi. Bujała się delikatnie w przód i tył, a jej wzrok przeskakiwał z jednego punktu na drugi, ale pozostawał nieobecny. Co jakiś czas poruszała ustami, choć żaden dźwięk się z nich nie wydobywał. W końcu odetchnęła głośno i zeskoczyła z ławki.
On musi nam wiele wyjaśnić – stwierdziła pewnie i, nie czekając na mnie, ruszyła w kierunku, z którego przyszliśmy.
Uniosłem brwi nieco zdezorientowany, ale już po chwili szedłem za nią.
Przez całą drogę do mojego mieszkania odwróciła się tylko raz, jakby chciała sprawdzić, że jej nie zostawiłem. Uśmiechnąłem się do niej lekko, a ona się zaczerwieniła, ale odwzajemniła uśmiech.
Zatrzymała się jak wryta przed moimi drzwiami, przez co omal na nią nie wpadłem.
W porządku? – zapytałem zaskoczony.
Tak, tylko... – Machnęła ręką i przewróciła oczami, po czym otworzyła drzwi. – Nieważne, niech on wyjaśnia.
Ledwie zdążyłem zamknąć za nami, a Blanka już ściągnęła buty i z założonymi rękoma na piersi czekała, aż i ja to zrobię. Gdy zsunąłem adidasy, ona skierowała się do salonu. Na widok rozwalonego Asha na narożniku wzdrygnęła się, ale mimo tego podeszła.
Mam pytania – zaczęła cicho. Odchrząknęła i posłała demonowi twarde spojrzenie. – I chcę odpowiedzi. Teraz.
Ash popatrzył na nią zdziwiony, po czym przeniósł wzrok na mnie. W odpowiedzi wzruszyłem ramionami, ale nie mogłem zapanować nad uśmiechem, który wkradał mi się na usta.
Jasne, pytaj. – Usiadł i, wyłączywszy telewizor, skupił się na Blance.
Dlaczego mnie śledziłeś? Skąd wiedziałeś, że Jared mnie spotka? Bo wiedziałeś, prawda? To, że znaleźliśmy się w tym samym barze, w tym samym czasie, to też nie przypadek? – wyliczała, a ja aż otworzyłem usta, bo mina Asha mówiła wszystko – trafiła w dychę. – Dlaczego jak wchodzę akurat do tego mieszkania, jakaś postać zostaje na zewnątrz? To też twoja zasługa?
Czekaj, czekaj, czekaj. – Ash uniósł dłonie, jakby się przed nią bronił. – Nie wszystko na raz.
Więc gadaj, bo tego jest znacznie więcej – zażądała, na co on jęknął.
Dobra. – Potarł dłonią o czoło. – To nie tak, że cię śledziłem. Prawdą jest, że wiedziałem o twoim wyjściu ze szpitala i chciałem z tobą porozmawiać. Jednak mój synek się rozchorował i musiałem wracać do siebie.
To wiedziałeś o niej i nic nie powiedziałeś? – zapytałem, nie dowierzając w usłyszane słowa.
Tak, wiedziałem – odparł, przez chwilę patrząc na mnie. – Problem polegał na tym, że ja byłem zupełnie z dupy. – Wzruszył lekko ramionami i odwrócił się z powrotem w stronę Blanki. – Nigdy byś mi nie uwierzyła, gdyby nie Jared.
Dziewczyna posłała mi krótkie spojrzenie i, mrużąc oczy, przyglądała się Ashowi.
Co masz na myśli?
Irra cię strzegł od najmłodszych lat. Zawsze wiedział, co się z tobą dzieje. Później, gdy twoja matka umarła, wszystko się pokomplikowało. – Ash uciekł wzrokiem gdzieś w bok. – Trafiłaś do czubków, a tam dostawałaś leki. Nie zawsze mógł do ciebie dotrzeć. Wtedy też ja poznałem Megan i zrozumiałem, jak wielki błąd popełniłem.
Nadal nie rozumiem. – Głos Blanki zadrżał, a ona sama zesztywniała.
To przeze mnie nie ma Irry – odparł z bólem w głosie. – To ja stworzyłem wrota, to ja pomogłem go uwięzić.
Oczy Blanki rozszerzyły się w przerażeniu. Przez chwilę nawet wydawało mi się, że chciała wybiec, a może rzucić się na Asha? Co do tego nie miałem pewności, choć sam z przyjemnością bym mu przyłożył.
Dlaczego?
Bo byłem głupi? – Demon spojrzał na nią spod uniesionych brwi. – Bo wierzyłem, że nie możemy się zmienić? Że między nami a ludźmi jest granica, której nie należy przekraczać? A jeśli już ktoś to zrobi, to trzeba usuwać tego skutki? – Ash potrząsnął głową, uśmiechając się przy tym smutno. – Wierzyłem w to wszystko, dlatego pomogłem Neto uwięzić Irrę tak, aby nigdy nikt go nie uwolnił.
Więc czego chcesz ode mnie?
Bo jednak miałem myśl: co jeśli Neto się myli? Zostawiłem więc coś na kształt wyjścia ewakuacyjnego. Wrota można otworzyć, a wiem, że cię znalazły. Potrzeba dwunastu potępionych dusz. No i później krew.
Jaka krew? – wtrąciłem, patrząc na Asha jak na idiotę.
Kropla jej krwi, żeby otworzyć kajdany. – Demon przewrócił oczami. – Zresztą też mojego autorstwa. Tylko potomek w nie zakutego zdoła je zdjąć. Tak więc Blanka jest córką Irry. Krew z jego krwi. Może otworzyć wrota i kajdany, no i go uwolnić.
Gadasz, jakby to chodziło o wyjście do spożywczaka – skwitowałem, kręcąc przy tym głową z niedowierzaniem. – Odpierdoliłeś coś, a teraz chcesz, żeby niewinna dziewczyna za ciebie to odkręcała? Jesteś bardziej stuknięty, niż sądziłem.
To jest możliwe?
Zamarłem, słysząc pytanie Blanki. Czy ona naprawdę się nad tym zastanawiała? Zacząłem powoli żałować, że zadzwoniłem do Asha i pozwoliłem na to spotkanie. Najwyżej złamałbym obietnicę, ale przynajmniej nie narażałbym niczyjego życia.
Ty mówisz poważnie? – Chwyciłem Blankę za ramię i odwróciłem w swoją stronę. – Byłaś w Limbo. Omal nie zginęłaś i chcesz tam wracać?
Mogę uwolnić tatę – powiedziała z nadzieją w oczach.
Gdy Irra będzie wolny, wszyscy odetchniemy z ulgą. – Ash uśmiechnął się półgębkiem. – Jared, ja wiem, czujesz się za nią odpowiedzialny, ale zrozum, teraz też nie jest bezpieczna.
O czym ty chrzanisz?
Myślisz, że dlaczego nie przeżyję w Limbo? Neto wie, że go zdradziłem i pomagam Irze. Wie również o Blance. I przykro mi – zwrócił się do dziewczyny – bo mimo że jesteś dzieckiem Pierwszego, nie pokonasz jego ucznia.
Zacisnąłem zęby. Bez słowa skierowałem się do kuchni, gdzie uderzyłem dłońmi o blat. Niemal zrzuciłem puszkę z herbatą na podłogę, chcąc wstawić wodę w czajniku.
Daj kubki – warknąłem w kierunku Asha, który podniósł na mnie zaskoczone spojrzenie, ale ruszył się z miejsca.
Herbata dobra na wszystko? – Zaśmiał się krótko, wkładając naczynia do zlewu.
To nie było tego warte – rzuciłem ściszonym głosem, aby Blanka siedząca ze spuszczoną głową mnie nie usłyszała.
Co takiego? – zdziwił się Ash.
Żebyś ściągał ze mnie to gówno jej kosztem.
Jared... – Popatrzył na mnie z politowaniem i pokręcił głową. – Myślisz, że to coś by zmieniło? Nic. Ty byś nosił kholema, a ona i tak stanęłaby w tym miejscu, z tą różnicą, że bez ciebie. I to nie był mój plan. – Spojrzał na mnie wymownie, po czym podał mokre, ale czyste kubki. – Irra stwierdził, że świetnie się nadasz do opieki nad jego winoroślą.
Więc to wszystko zaplanowaliście?
Poderwałem głowę, słysząc głos Blanki. Nawet nie zarejestrowałem momentu, gdy do nas podeszła.
Tak – odparł bez ogródek facet, którego głowę miałem ochotę wcisnąć do zlewu. – Wiele spraw było niepewnych, ale zawsze jakoś się udawało. Na samym początku Jared musiał uwierzyć w istnienie Limbo, a że przyczepił się do niego kholem, to tylko ułatwiło zadanie.
Kholem? – Blanka zmarszczyła brwi, wpatrując się we mnie wyczekująco.
Dym, który widujesz – odparłem bez entuzjazmu, na co skinęła.
Dokładnie – przytaknął dodatkowo Ash i chwycił za czajnik. – A to, co zostaje za drzwiami, gdy tu wchodzisz... Mieszkanie jest zapieczętowane, dlatego ta... demoniczna dusza zostaje na zewnątrz, a twoja ludzka część może wejść i nic ci nie grozi.
A ty? Przecież jesteś demonem. – Blanka przysiadła na hokerze i sięgnęła po herbatę.
Jared narysował nową pieczęć moją krwią, więc mogłem wejść – odparł, wzruszając ramionami i udając, że nie widział mojego wściekłego spojrzenia. – Na ciele też ma ich sporo.
Widziałam. – Spuściła głowę zawstydzona i wsunęła kilka kosmyków za ucho.
Jedna jest taka specyficzna. – Ash zamyślił się na chwilę. Wydawać by się nawet mogło, że nie był przekonany, czy powinien o tym mówić. Ostatecznie ciągnął dalej. – Stworzyłem ją dla was. Miała sprawić, że od pierwszej chwili będzie odczuwać wobec siebie sympatię.
Kurwa – wyrwało mi się. Zacisnąłem zęby, wpatrując się uparcie w demona. – Jesteś popierdolony.
Wyminąłem go, trącając ramieniem, przez co część zawartości kubka wylądowała na blacie. W tej chwili nie myślałem trzeźwo. Wiedziałem, że jeśli zostanę dłużej z Ashem w jednym pomieszczeniu, to zrobię mu krzywdę.
Nie odważyłem się nawet spojrzeć na Blankę. Wszystko, co czułem wobec niej, okazało się zwykłą manipulacją – musiałem to na spokojnie przetrawić. A najlepiej jak najszybciej umówić się do Ashtona, żeby zasłonił tę cholerną pieczęć.
Drzwi trzasnęły za mną i zbiegłem po schodach. Stanąłem na chodniku przed kamienicą, nie wiedząc, co począć ze sobą dalej. Zaledwie po przejściu kilku kroków oparłem się o mur budynku i wyciągnąłem fajki z kieszeni. Znów drżały mi dłonie. Przez krótką chwilę się im przyglądałem, ale w końcu odpaliłem papierosa i wsadziłem go do ust. Powoli zacząłem się uspokajać. Odchyliwszy głowę, spoglądałem na ciemniejące niebo. Przymknąłem oczy i powoli wypuściłem dym.
To nie ma znaczenia.
Odwróciłem głowę w bok i spod wpół opuszczonych powiek obserwowałem Blankę, jak naciągając rękawy na dłonie, podchodziła bliżej. Zatrzymując się obok, przyjęła tę samą pozycję co ja.
Lubię cię z pieczęcią czy bez niej. – Uśmiechnęła się lekko i powtórzyła: – To nie ma znaczenia.
Chciałem, żeby miała rację, ale zbyt dużo wiedziałem o Limbo i demonach.
Blanka – zacząłem ostrożnie, bojąc się jej reakcji. – Pieczęć zniknie, a to, co czujesz, razem z nią.
Rozumiem. – Przytaknęła kilka razy głową, wpatrując się w budynek po drugiej stronie ulicy. – Skąd się wziąłeś w tamtym barze?
Kumpel zadzwonił, że oświetlenie mu siadło, a co? – zapytałem, rzucając peta na chodnik.
Weszliśmy tam, bo zobaczyłam ćmę – odparła cicho, po czym uśmiechnęła się nieśmiało. – Odwieziesz mnie? Mam dość na dzisiaj.
Jasne, tylko wezmę kluczyki i dokumenty. – Odepchnąłem się od ściany, ale zatrzymałem się w półkroku, gdy Blanka wyciągnęła ze swoich kieszeni moje rzeczy. Zaśmiałem się cicho, gdy patrzyła na mnie z dozą niepewności, zagryzając przy tym dolną wargę. – To jedziemy. I nie rób tak, bo w końcu sam cię ugryzę.

Wyjaśnień ciąg dalszy. Mam nadzieję, że czujecie się usatysfakcjonowani, a przede wszystkim nie zdezorientowani. Jeśli jednak tak – dajcie znać w komentarzach. Dla mnie to wszystko ma ręce i nogi, ale dla Was nie musi, prawda?
Pisząc ten rozdział, miałam mieszane uczucia. Początkowo miał być z perspektywy Blanki, ale ostatecznie stwierdziłam, że lepiej wyjdzie, gdy przedstawię go oczami Jareda. A co Wy o tym myślicie? Zaskoczyła Was jego przeszłość, czy może spodziewaliście się czegoś takiego? No i Blanka – jak uważacie, czy kiedykolwiek to ona decydowała o swoim życiu, czy po prostu szła wyznaczoną przez ojca ścieżką?
Dziękuję za obecność i do następnego! :*