2018-04-16

Rozdział dwunasty

Blanka
Wysiadłam z auta prosto na chodnik przed domem Dahlii. Jared odjechał, a ja jeszcze stałam kilka długich minut, wpatrując się w okna pozasłaniane firankami. Przygryzając policzek od wewnątrz, ruszyłam w stronę furtki. Gdy tylko ją pchnęłam, drzwi się otworzyły, a w progu stanęła moja siostra z założonymi rękoma na piersi. Na jej widok zrobiło mi się gorąco. Bezwiednie zacisnęłam dłonie w pięści i, wpatrując się w swoje stopy, przemierzyłam ścieżkę, która nas dzieliła.
Gdzieś ty była? – zaczęła, gdy przepchnęłam się obok niej. W milczeniu ściągnęłam trampki, po czym po prostu chciałam odejść, ale Dahlia powstrzymała mnie, chwytając za łokieć. – Blanka, mówię do ciebie. Gdzie byłaś? Dzwoniłam, ale nie raczyłaś ani razu odebrać.
Nie chciałam z nią rozmawiać. Czułam w sobie złość za to, że oskarżyła Jareda, że bała się mnie, że nie przyjechała do szpitala i w końcu za to, że robiła mi przesłuchanie.
Westchnęłam cicho, unosząc z wolna głowę. Spojrzałam siostrze prosto w oczy, a na moich ustach pojawił się ironiczny uśmieszek. Wyswobodziłam rękę z jej uścisku i wzruszyłam ramionami.
Nie wiedziałam, że muszę to robić – odparłam, unosząc wysoko brwi.
Dahlia zamrugała zmieszana, jednak po chwili zapanowała nad sobą i znów w jej oczach widziałam oskarżenie, co zaczynało mnie bawić.
To chyba logiczne, że skoro ma się telefon i ktoś dzwoni, to się go odbiera.
Yhm – przytaknęłam w zamyśleniu. – Ale w takim razie po co czerwona słuchawka?
Naprawdę? – Pokręciła głową z niedowierzaniem. – Chcesz mnie zdenerwować? O to ci chodzi?
Zaśmiałam się cicho i tym razem to ja zaplotłam ręce na piersi. Patrzyłam na Dahlię, zastanawiając się, jak długo to jeszcze potrwa. Przymknęłam powieki i znów westchnęłam, ale tym razem głośno.
O nic mi nie chodzi. – Spojrzałam na siostrę bez choćby cienia rozbawienia. – Nie obchodziłam cię rano, więc dlaczego obchodzę teraz?
Dahlia to zamykała, to otwierała usta, nie wiedząc, co odpowiedzieć, a ja odczuwałam z tego powodu czystą satysfakcję. Posłałam siostrze uroczy uśmiech i, odwracając się na pięcie, ruszyłam w stronę schodów. Gdy znalazłam się na górze, zerknęłam przez ramię na korytarz, ale nikogo tam nie było.
Wiedziałam, że zachowałam się okropnie, ale czy powinnam mieć z tego powodu wyrzuty sumienia?
Nie, zdecydowanie nie. Przecież to ona wysłała Daniela, żeby odebrał mnie ze szpitala, bo bała się ze mną zostać sama, a później chciała zgrywać dobrą siostrę.
Przygryzłam dolną wargę. Zaciskałam zęby coraz mocniej, aż poczułam krew na języku. Potrząsnęłam głową, chcąc pozbyć się z niej wszystkiego – dosłownie. Byłam zmęczona tym, co działo się wokół mnie, a chyba najbardziej sobą.
Zamknęłam drzwi i rozejrzałam się po pokoju. Mój wzrok zatrzymał się na jednej ze ścian. Wpatrywałam się w nią z zaciekawieniem, bo coś wewnątrz mnie twierdziło, że to coś więcej aniżeli nudna, biała powierzchnia. Wiedziona niezrozumiałym impulsem sięgnęłam po ołówek leżący na biurku. Bez zastanowienia zaczęłam rysować na ścianie.
Zawsze podczas tworzenia najróżniejszych obrazów nie skupiałam się na tym, co miało wyjść spod mojej ręki. Mimo że i tym razem w ogóle nie koncentrowałam się na tym, co miałam narysować, to jednak było w tym coś więcej. Zupełnie jakby cały proces tworzenia dział się poza moją świadomością. Nie widziałam kresek, które zostawiałam na gładkiej powierzchni; nie dostrzegałam kształtów stworzonych przez połączenie pojedynczych linii; nie rozumiałam tego, co zobaczyłam, gdy skończyłam.
Zamrugałam zdezorientowana, uświadamiając sobie, że moje serce biło zbyt szybko i z trudem mogłam oddychać. Oblizałam wysuszone usta. Skrzywiłam się, gdy dotknęłam językiem skaleczenia na wardze. Wpatrując się w obraz powstały z nieregularnych kresek, cofnęłam się o kilka kroków, ale nawet zmiana odległości nie pozwoliła mi na nazwanie tego, co widziałam.
Pod skórą poczułam znajome mrowienie. Odłożyłam ołówek i chwyciłam plik zarysowanych kartek. Przeglądałam każdą z nich, ale nic nie przypominało tego, co widniało na ścianie. Odłożyłam rysunki z powrotem na blat. Z wolna podeszłam do mojego najnowszego obrazu, przekrzywiając głowę to w jedną, to w drugą stronę. Uniosłam dłoń. Zignorowałam ciemne pręgi poruszające się tuż pod skórą i ostrożnie dotknęłam grafitowych kresek. Podekscytowana odskoczyłam niemal natychmiast. Moje serce znów podjęło szybszy bieg, ale tym razem było w tym coś przyjemnego.
Pośpiesznie wyszłam z pokoju i zbiegłam po schodach, kilka razy omal z nich nie spadając. Wpadłam do kuchni w nadziei, że tam znajdę Dahlię, ale zastałam pustkę. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, a nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa. Wycofałam się ostrożnie, jakby w obawie, że gwałtowniejszy ruch ściągnie na mnie atak bestii z Limbo.
Wypuściłam powietrze przez usta, po czym przez następnych kilkanaście sekund tkwiłam w kompletnym bezruchu, nasłuchując.
Dźwięczny śmiech Emmy dochodzący z zewnątrz wywołał u mnie uśmiech. Ta mała istotka potrafiła samą swą obecnością obudzić we mnie pozytywne odczucia.
Już zrobiłam krok w stronę drzwi prowadzących na ogród, ale nawróciłam na pięcie, kierując się prosto do pokoju siostrzenicy. Bez zastanowienia otworzyłam szafę i wyciągnęłam z niej karton, w którym Dahlia schowała kredki, plastelinę i farby. Postawiłam pudło na podłodze i zaczęłam wyciągać jego zawartość na miękką wykładzinę. Gdy w końcu dotarłam do plakatówek, na moich ustach pojawił się szeroki uśmiech. W pośpiechu wzięłam czarną farbkę, a resztę spakowałam z powrotem do kartonu.
Co tutaj ro...
Ciocia! – Radosny okrzyk Emmy zagłuszył pytanie Daniela, co w tej sytuacji było mi jak najbardziej na rękę.
Odwróciłam się w stronę drzwi akurat w momencie, gdy szwagier próbował powstrzymać małą przed wejściem do pokoju, ale wyrwała się ojcu i już po chwili rzuciła mi się na szyję.
Emma, chodź tutaj – zażądał Daniel, ale ona nie zamierzała go słuchać.
Jesteś już zdrowa? – zapytała z przejęciem, kładąc małe dłonie na moich ramionach.
Tak, jestem już zdrowa. – Zgarnęłam kilka loków z jej buźki i poprawiłam spinkę z truskawką, żeby włosy nie wpadały jej do oczu. – Stęskniłam się za tobą, wiesz?
Uśmiechnęłam się do siostrzenicy i przygarnęłam ją do siebie, a ona z ufnością wtuliła się w moją szyję. Przymknęłam oczy, wdychając dziecięcy zapach, jednak tym razem nie potrafiłam skupić się tylko na Emmie i jej bliskości, bo niekompletny rysunek na ścianie nie dawał mi spokoju.
Ciocia... – zaczęła siostrzenica, przeciągając literki. Wyswobodziła się z moich objęć i popatrzyła na karton, marszcząc przy tym czółko. – Czego szukasz?
Pożyczyłam farbkę. – Uniosłam rękę, żeby pokazać plastikowy słoiczek.
Nie lubię tego koloru. – Emma skrzywiła się delikatnie, a po chwili uśmiechnęła się szeroko i podbiegła do biurka. Wyciągnęła coś z szuflady i, przyciskając to do siebie, wróciła do mnie. – Możesz zabrać wszystkie.
Zamrugałam zaskoczona, widząc w dłoniach siostrzenicy pięć pojemniczków z czarną farbą. Ostrożnie wyjęłam je z jej rąk i cmoknęłam w policzek, na co zachichotała.
Dzięki. – Mrugnęłam do niej i zaśmiałam się, gdy próbowała zrobić to samo, ale nadal nie potrafiła zamknąć tylko jednego oczka.
Podciągając koszulkę, wrzuciłam w powstałą kieszeń farby i podźwignęłam się na nogi. Wolną ręką chwyciłam pudło nadal stojące na podłodze, żeby schować je do szafy. Gdy się odwróciłam, odruchowo wstrzymałam oddech, a po plecach przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz. Opuściłam nieco dłoń, w której trzymałam materiał bluzki, żeby zasłonić brzuch. Wpatrywałam się w szwagra, czekając, aż podniesie na mnie wzrok. Nasze spojrzenia w końcu się skrzyżowały, a on wydał mi się zmieszany. Bez słowa podszedł do łóżka i zgarnął żółtą piżamkę.
Chodź, kochanie. – Daniel wyciągnął dłoń w kierunku córki, a ona bez protestu podeszła do niego, a mi pomachała energicznie, uśmiechając się przy tym słodko.
Mamusia kupiła mi szampon z księżniczką. Pachnie truskawkami! – Podskoczyła kilka razy w miejscu i przytuliła policzek do męskiej dłoni. – Troszkę możesz pożyczyć.
Skinęłam nieznacznie głową, a szwagier wyprowadził małą z pokoju, zapewne prosto do łazienki, choć ciężko było mi określić, czy to z mojego powodu, czy faktycznie zbliżał się czas jej snu.
Odczekałam dłuższą chwilę, po czym sama wyszłam z pomieszczenia. Szybkim krokiem pokonałam korytarz i schody, a gdy znalazłam się za zamkniętymi drzwiami, ustawiłam w równym rzędzie na biurku pojemniczki z czarną farbą. Każdy otworzyłam, chcąc się upewnić, że zawartość nie wyschła i nadawała się do użycia.
Ściągnęłam bluzę i rzuciłam ją na łóżko, po czym stanęłam przed ścianą pokrytą cienką warstwą grafitu. Przygryzając wewnętrzną stronę policzka, sięgnęłam po pierwszy pojemniczek. Zanurzyłam palec wskazujący w farbie, a ciemne pręgi zaczęły wić się pod moją skórą. Z wolna wypuściłam powietrze przez usta i postąpiłam krok do przodu.
Z tej perspektywy nie widziałam w całości mojego rysunku, ale to mi nie przeszkadzało, bo wiedziałam, że mój wzrok w tym przypadku był nieistotny – pozwoliłam działać własnej intuicji, a może zwykłemu przeczuciu? Nie potrafiłam nazwać tego, co mną kierowało, lecz coś mi podpowiadało, że postępowałam słusznie.
Sunęłam palcami ubabranymi czarną farbą po gładkiej powierzchni i czułam coraz to większą ekscytację. Zapewne gdyby ktoś spoglądał na mnie z boku, stwierdziłby z przekonaniem, że popadłam w obłęd. Sama o sobie tak myślałam, pozostawiając kolejne warstwy czerni na ścianie.
Po kilkunastu, a może kilkudziesięciu minutach, odsunęłam się, ocierając wierzchem dłoni czoło. Napięcie, które popychało mnie do stworzenia tego obrazu, po prostu zniknęło, zostawiając po sobie zmęczenie i dezorientację, a przekonanie o słuszności rysowania na ścianie ustąpiło miejsca poczuciu wstydu.
Zerknęłam na plastikowe pojemniczki leżące na podłodze, przekonując się, że nie zostało w nich ani odrobiny farby. Oblizałam popękane usta, unosząc głowę ku górze, i jeszcze bardziej się cofnęłam. Stałam pośrodku pokoju i wpatrywałam się w swoje dzieło w całej okazałości – niemal dwa metry wysokości i prawie cztery szerokości.
Wytarłam dłonie w bluzkę, pozostawiając na materiale ciemne plamy, ale zbytnio się tym nie przejmowałam. Za to uparcie przyglądałam się temu, co namalowałam, aż w końcu doszłam do wniosku, że były to drzwi. Nie... nie drzwi, a wrota. Tak, namalowałam na ścianie wrota, które zdobiły nieznane mi symbole, choć w jakiś pokręcony sposób czułam, że już je widziałam, a może chodziło o to, że powinnam wiedzieć, co oznaczały.
Przekrzywiłam delikatnie głowę, podchodząc krok bliżej. Wrota posiadały dwie wyraźnie od siebie oddzielone części, ale gdzieś w połowie znajdowało się puste pole, które, tworząc okrąg, łączyło je ze sobą. Jednak było coś jeszcze – znacznie mniejsze koła otaczające to duże, ale sześć po jednej stronie, a drugie sześć po drugiej. Między nimi wiły się smoliście czarne linie, ale gdy się im bliżej przyjrzałam, zauważyłam, że delikatnie połyskiwały.
Powiodłam wzrokiem za jedną z takich kresek, która ułożyła się w ciąg znaków, żeby u góry ostro skręcić, zawinąć się w kilka spirali i znów stworzyć nic niemówiące mi symbole. Jednak czym dłużej przyglądałam się czarnej farbie na ścianie, tym byłam pewniejsza, że obraz znaczył coś więcej, tylko musiałam odkryć, co takiego.
Odgarnęłam włosy z czoła, ciężko przy tym wzdychając. Sięgnęłam po plastikowe pudełka i położyłam je na biurku. Przez chwilę przyglądałam się swoim paznokciom, pod którymi tkwiła czarna farba. Miałam nadzieję, że skoro mogły używać jej dzieci, to z łatwością się jej pozbędę.
Postąpiłam krok w kierunku drzwi, chcąc udać się do łazienki, ale zatrzymałam się gwałtownie, gdy poczułam na policzku muśnięcie, które niosło ze sobą szepty. Przymknęłam powieki, wsłuchując się w ciche głosy zagubione w wietrze. Momentami przypominały łagodnie recytowany wiersz, a innym razem niezwykle melodyjną rymowankę, jednak nieważne, w jakim tonie rozbrzmiewały – nie rozróżniałam słów, ale wiedziałam, że i tym razem mówiły o mnie.
Delikatny dreszcz przebiegł wzdłuż mojego kręgosłupa. Odwróciłam się w stronę ściany, na której powinno widnieć moje malowidło, ale jeszcze nim otworzyłam oczy, wiedziałam, że ono zniknęło. Gdy tylko mój wzrok spoczął na czarnej strukturze, obudziło się we mnie podniecenie. Początkowo subtelne, niemal niewyczuwalne, ale już od początku pchające ku kamiennej bramie.
Nigdy nie widziałam czegoś tak urzekającego i niepokojącego zarazem. Połyskująca czerń kryła w sobie osobliwe piękno i silny magnetyzm, jednak wzbudzała też uczucie osaczenia, jakby coś przez nią widziało i ważyło, czy mnie pochwycić, czy jednak dać mi jeszcze odrobinę czasu.
Czerwony wiatr jakby przycichł, gdy w skupieniu przyglądałam się po kolei wypukłym liniom, które w zupełnie naturalny sposób przeistaczały się w wyryte w obsydianie symbole. Każdy z nich miał do opowiedzenia inną historię, a ja nie mogłam pozbyć się przeświadczenia, że ta brama żyła – zawierała w sobie przeszłość, teraźniejszość, ale i przyszłość – wystarczyło to odczytać.
Podchodząc bliżej, mój wzrok sam skupił się na wgłębieniu znajdującym się pośrodku czarnego kamienia. Niepokój nieco zelżał, jednak nie opuścił mnie całkowicie. Ostrożnie wyciągnęłam przed siebie grafitową dłoń zakończoną długimi, ostrymi paznokciami. Gdy tylko palce dotknęły powierzchni, chłód wdarł się do moich żył. W błyskawicznym tempie rozprzestrzenił się po całym organizmie, sprawiając, że zaczęłam drżeć z zimna, a wydechy odznaczały się białymi obłoczkami pary. Spróbowałam oderwać rękę, ale nic z tego. Zupełnie jakby moja skóra zrosła się z obsydianem.
W ustach mi zaschło, a racjonalne myślenie przysłoniła mgła paniki. Moja dłoń zapadała się głębiej w kamień, a ja nie mogłam zrobić nic, aby ten proces zatrzymać. Zamrugałam kilkukrotnie, chcąc wyostrzyć obraz, ale zdawało się to na nic, bo napływające do oczu łzy wciąż go zamazywały.
Z chwilą, gdy kryształ tkwiący pomiędzy moimi brwiami dotknął obsydianu, z moich ust wyrwał się krzyk. Szamotałam się sama ze sobą, aż w końcu wylądowałam na podłodze. Z jękiem bólu podźwignęłam się do pozycji siedzącej. Odgarniając włosy z twarzy, nie wyczułam pod palcami kamienia. W roztargnieniu rozejrzałam się po pokoju, a po chwili spojrzałam na swoje dłonie, które wyglądały zupełnie normalnie. Zresztą wszystko zmieniło się w zaledwie ułamku sekundy – zniknęło mrożące krew zimno, przerażenie wycofało się z umysłu, a wrota ustąpiły miejsca zwykłemu malowidłu. Jedyną pozostałością po pobycie w Limbo było mrowienie całego ciała, przyśpieszony oddech, piekące oczy i obraz mężczyzny w mojej głowie.
Próbowałam zapanować nad własnym ciałem, lecz ono w ogóle nie zamierzało ze mną współpracować. Za każdym razem, gdy wydawało mi się, że przestawałam się trząść jak osika na wietrze, w moim umyśle pojawiała się tajemnicza postać i na nowo traciłam nad sobą panowanie. Jednak to, co zobaczyłam, mimo że mnie przeraziło, to również wywołało niezrozumiałą tęsknotę. Zniszczona czasem i wykrzywiona bólem twarz była mi zupełnie obca, lecz oczy... oczy znałam – intensywnie zielona tęczówka z plamkami fioletu skrywała w sobie inteligencję, nieustępliwość i żal. To ostatnie w szczególności odznaczało się, gdy ten, kto znajdował się za bramą, na mnie spojrzał.
Nadal czułam nić porozumienia, która wtedy się między nami pojawiła. Sprawiała ona, iż mimo strachu, który pojawiał się wraz ze wspomnieniem mężczyzny, chciałam go odnaleźć i uwolnić. On wydawał się realniejszy niż wszystko wokół, a przede wszystkim coś wewnątrz mnie wiedziało, że dzięki niemu poznam prawdę o sobie.
Wypuściłam powietrze przez usta, przecierając twarz dłońmi. W jednej chwili poczułam się słaba i osamotniona. Nie potrafiłam zapanować nad tym, co się ze mną działo, co widywałam, co czułam. Chciałam choć odrobiny kontroli nad własnym życiem, ale coraz częściej dochodziłam do wniosku, że ktoś inny nad nim panował, a to mi się wcale nie podobało.
Zatęskniłam za spokojem, który mi towarzyszył podczas zażywania lekarstw.

Nie ma sensu, żebym kolejny raz tłumaczyła się z braku rozdziału, więc tylko Was przepraszam za kolejne opóźnienie. Nie obiecuję poprawy, ale mam nadzieję, że w końcu jakoś wszystko mi się unormuje i będę mogła częściej pisać.
A rozdział... Pisał się długo – chwilami szło mi opornie, a następny akapit pojawiał się niemal sam. Mam mieszane uczucia co do całości, bo jednak rozdział jest krótszy niż zazwyczaj i nie jestem pewna czy przesunięcie jednej sceny było dobrym posunięciem, ale mam nadzieję (kolejny raz ^^), że czytało się go dobrze, a przede wszystkim zrozumiale.
Jakieś teorie? Pomysły? Pytania? Ktoś, coś?
Już tradycyjnie dziękuję wszystkim, którzy są ze mną i dzielą się swoimi myślami.
Do następnego! :3