2018-10-09

Rozdział szesnasty

Blanka
Jared zatrzymał auto przed domem Dahlii i spojrzał na mnie z namysłem, po czym wyciągnął z kieszeni komórkę.
Pamiętasz swój numer? – Dotknął kilka razy wyświetlacza, nie odrywając od niego wzroku.
Tak – odpowiedziałam, choć wcale nie byłam tego taka pewna.
To wbij go. – Jared uśmiechnął się lekko, wyciągając dłoń z telefonem w moją stronę.
Z chwilowym wahaniem wzięłam aparat, uważając przy tym, aby przypadkiem nie dotknąć męskich palców. Powtórzywszy najpierw kilka razy ciąg cyfr w pamięci, wpisałam go, po czym oddałam komórkę Jaredowi.
Odezwę się – zapewnił, gdy chował urządzenie z powrotem do kieszeni.
Skinęłam w odpowiedzi i już miałam wysiąść, gdy Jared znów się odezwał:
Blanka – zaczął, ale nie patrzył na mnie, tylko w jakiś punkt przed sobą. Dopiero po kilku sekundach zdecydował się odwrócić twarz w moją stronę. – Przepraszam. Nie powinienem... Możesz robić co chcesz. Nic mi do tego. Po prostu... – przerwał i potrząsnął lekko głową. Spojrzał mi w oczy, uśmiechając się smutno. – Nieważne. Naprawdę przepraszam. Sam jestem na siebie zły, że puściły mi nerwy.
Otworzyłam usta i je zamknęłam. Patrzyłam na mężczyznę siedzącego obok i nie wiedziałam, co powinnam mu odpowiedzieć. Coś wewnątrz mnie wręcz krzyczało, żeby nie wierzyć w jego słowa. Jednak coś innego podpowiadało, że był szczery i żałował. A ja sama chciałam, aby to drugie okazało się prawdą.
Do zobaczenia – powiedziałam w końcu, delikatnie się do niego uśmiechając.
Gdy wysiadłam z auta i zamknęłam za sobą drzwi, od razu ruszyłam w stronę furtki. Tu nie miałam się nad czym zastanawiać. Konfrontacji z Dahlią nie dało się uniknąć i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Jednak zaskoczyło mnie to, że tym razem to nie ona otworzyła mi drzwi.
Ciocia! – krzyknęła Emma, szeroko się przy tym uśmiechając.
Kucnęłam, żeby wziąć siostrzenicę na ręce, bo zaczynała się po mnie wspinać.
Nie możesz nikomu otwierać – upomniałam ją, wchodząc do środka.
Widziałam, że to ty, przez okienko. – Wskazała palcem na przeszklony fragment drzwi, a uśmiech nie znikał z jej buźki.
Emma, miałaś... – Daniel spojrzał na córkę obejmującą moją szyję, a dopiero później na mnie. – To ty.
Ciocia nie śmierdzi – zawołała entuzjastycznie Emma, jeszcze mocniej się do mnie przytulając.
Daniel uśmiechnął się nieznacznie do córki i wyciągnął ręce, ale ona potrząsnęła energicznie główką.
Nie rób scen, tylko chodź. – Szwagier niemal siłą oderwał ją ode mnie, przez co zaczęła płakać. – Emma, proszę cię, uspokój się.
Ale... ja... chcę... do... cioci – dukała przez szloch, na co Daniel przewrócił oczami, ale nie tracił opanowania.
Ciocia musi porozmawiać z mamusią – tłumaczył Emmie ze spokojem. Po chwili spojrzał na mnie. – Dahlia jest w kuchni. Wpadnie przez ciebie w jakąś nerwicę. – Zacisnął zęby, patrząc mi prosto w oczy. Po chwili prychnął i poprawił sobie córkę na rękach. – Już nawet nie chce mi się komentować twoich wyskoków.
Co to wyskok? – zainteresowała się Emma, wycierając policzki.
Wyskok to jest właśnie to, o czym musi porozmawiać mamusia z ciocią, a my nie możemy im teraz przeszkadzać.
Nie będę przeszkadzać, będę cichutko – zapewniła pośpiesznie moja siostrzenica, a w jej oczach można było dostrzec nadzieję, że jednak ojciec pozwoli jej iść ze mną.
Innym razem, kochanie. Teraz pójdziemy skosić trawę, co ty na to?
A będę mogła pkać? – Emma uśmiechnęła się szeroko, a Daniel z wolna skinął głową.
Razem będziemy pchać, dobrze?
Szwagier odwrócił się i ruszył z córką w głąb domu, zostawiając mnie bez słowa. Zresztą nie powinno mnie to dziwić. W przeciągu ostatnich tygodni nie raz powtarzał, że szkoda na mnie strzępić sobie język, bo równie dobrze mógłby tłumaczyć teorię strun Emmie. Wtedy też zaznaczył, że ona z pewnością by coś zrozumiała.
Westchnęłam z rezygnacją i ściągnęłam buty, po czym skierowałam się w stronę kuchni. Jeszcze nim dotarłam na miejsce, do moich nozdrzy dotarł korzenny zapach ciastek. Gdy tylko zobaczyłam Dahlię pochyloną nad blatem, poczułam złość. Starałam się jakoś stłumić to uczucie, ale mało skutecznie. Wyglądało na to, że cały alkohol wyparował z mojego organizmu i zostałam sama ze swoimi emocjami.
Cześć – przywitałam się cicho, podchodząc nieco bliżej siostry. – Daniel mówił, że chciałaś ze mną rozmawiać.
Dahlia, podnosząc na mnie wzrok, przestała wałkować ciasto. Przez dłuższą chwilę po prostu milczała, lustrując mnie od góry do dołu. Widziałam wyraźnie, jak dosłownie na sekundę zacisnęła palce na drewnie, po czym odłożyła wałek na bok. Potrząsnęła głową, chwytając za metalową foremkę w kształcie misia.
Wyglądasz zaskakująco dobrze jak na kogoś, kto włóczy się po nocach po mieście i pije na umór. – Tym razem w jej głosie nie było tej charakterystycznej, oskarżycielskiej nuty. Została ona zastąpiona przez rezygnację.
Nigdzie się nie włóczyłam – odparłam, wzruszając ramionami. Oparłszy się plecami o jedną z szafek, przyglądałam się siostrze, która uparcie wycinała z ciasta kolejne miśki.
To ciekawe, bo do domu nie wróciłaś.
Właśnie to zrobiłam.
Dahlia zatrzymała dłoń kilka milimetrów nad blatem i posłała mi niedowierzające spojrzenie. Po chwili odrzuciła foremkę do pojemnika.
Nie mam już na ciebie siły – powiedziała obojętnym tonem, wbijając wzrok w ciasto. Zamrugała kilka razy, jakby wróciła myślami do obecnej chwili, i wytarła dłonie w kolorowy fartuszek. Wtedy też odwróciła się w moją stronę. – Naprawdę jej nie mam. Nie wiem, co mam zrobić, żebyś w końcu przestała się tak zachowywać.
Jak? – zapytałam zaciekawiona.
Właśnie tak – odparła nieco głośniej, a w jej oczach dostrzegłam iskierki złości. Przymknęła powieki i wypuściła ostrożnie powietrze przez usta. Przyłożyła palce do skroni i zaczęła zataczać nimi maleńkie kółka. Po kilku sekundach zaprzestała tej czynności i znów na mnie spojrzała. – Udajesz, że nie wiesz, o co chodzi.
Niczego...
Zamilcz – przerwała mi ostro, a mnie na moment zatkało. – Nie masz już szesnastu lat i nie możesz się w ten sposób zachowywać. Na nastoletni bunt jest jednak trochę za późno.
Prychnęłam. Naprawdę nie mogłam się przed tym powstrzymać. Potrząsnęłam głową, a na moich ustach pojawił się kpiący uśmiech.
Uwierz mi, doskonale wiem, ile mam lat. Mimo wszystko potrafię liczyć i wiem, jak wygląda kalendarz. Nawet po dziesięciu latach nie straciłam rachuby. – Skrzyżowałam ręce na piersi, zaciskając palce na ramionach. Z całych sił starałam się nie wybuchnąć i nie rozpętać kolejnej kłótni, ale gdy patrzyłam na siostrę, krew zaczynała się we mnie gotować. – Poza tym po co mnie zabierałaś ze szpitala? Żeby zamienić jedno więzienie na drugie?
Blanka... – Dahlia jęknęła i podeszła bliżej. – Nie każę ci przecież siedzieć cały czas w domu. Nie chcę po prostu, żebyś zachowywała się jak głupia małolata. Od czterech tygodni wracasz codziennie pijana i uważasz, że to jest w porządku?
Wtedy przynajmniej nie czuję, że cię nienawidzę – odparłam, powstrzymując napływające do oczu łzy. – Nie czuję o to obrzydzenia do siebie, a niechęć Daniela nie sprawia mi bólu. Wtedy jest mi obojętne, czy widzę zjawy i czy znów będę miała koszmary. Nie myślę o tym, że się mnie boisz.
Wpatrywałam się w siostrę, zaciskając dłonie w pięści. Nie potrafiłam stwierdzić, czy buzująca we mnie złość tyczyła się mnie samej czy jednak Dhalii. Chociaż z drugiej strony poczułam ulgę, bo w końcu to z siebie wyrzuciłam.
Nienawidzisz mnie? – zapytała z niedowierzaniem i przysłoniła usta. – Przecież... Blanka...
Powinnam cię kochać, wiem o tym. Kiedyś nawet tak było, ale teraz... nie potrafię nad tym zapanować, rozumiesz? – Potrząsnęłam głową, obejmując się ponownie rękoma. – Przez ten miesiąc może ty znienawidziłaś mnie, ale w końcu ja przestałam to czuć wobec ciebie. Do dzisiaj.
Wzdrygnęłam się, gdy Dahlia bez wahania mnie przytuliła. Gładziła moje włosy, szepcząc coś niezrozumiałego i szlochając przy tym. Chciałam się odsunąć, lecz nie pozwoliła mi na to, obejmując jeszcze ciaśniej.
Przepraszam – powiedziała wprost do mojego ucha. – Przepraszam, że nie potrafiłam ci pomóc. Naprawdę przepraszam. Nigdy sobie tego nie wybaczę.
Słowa Dahlii zaskoczyły mnie do tego stopnia, że nawet nie zauważyłam, gdy odeszła, aby wyciągnąć z piekarnika ciastka.
Śledziłam jej każdy ruch, zastanawiając się, co tak właściwie miała na myśli. Cały czas suszyła mi głowę o wyjścia i picie, a teraz tak po prostu odpuściła i na dodatek to ona przepraszała mnie. Coś tu nie grało, ale nie potrafiłam stwierdzić co. A widoczna nerwowość w ruchach siostry tylko potwierdzała moje podejrzenia. Jednak wystarczyło mi, że Dahlia straciła mną zainteresowanie, więc nie dopytywałam, tylko poszłam na górę.
Przekroczywszy próg pokoju, skierowałam się prosto do biurka, gdzie w szufladzie leżał telefon. Wyciągnęłam go i poczułam wibrację, przez co aż wstrzymałam oddech. W pośpiechu odblokowałam urządzenie. Skrzywiłam się, widząc, że to Dahlia dzwoniła wiele godzin wcześniej.
Z komórką w dłoni położyłam się na łóżku tak, aby móc widzieć ścianę z malowidłem. Jak na zawołanie przed moimi oczami pojawiła się twarz. Starałam się skupić na tyle, aby móc w pamięci odtworzyć każdy najmniejszy szczegół, lecz to zdawało się na nic. Nie znałam mężczyzny, byłam o tym przekonana, więc dlaczego właśnie go zobaczyłam? A może on był tą pomocą, której oczekiwał ode mnie dzieciak z Limbo?
Nie. Zacisnęłam na moment powieki. Musiałam myśleć o sobie. O tym, aby w końcu wyjść na prostą.
Wzdrygnęłam się, gdy komórka leżąca na moim brzuchu zaczęła wibrować. W pośpiechu chwyciłam aparat i spojrzałam na wyświetlacz – nieznany numer. W ustach mi zaschło, a serce podeszło do gardła. Zwyczajnie bałam się odebrać. Co jeśli Jared dzwonił tylko po to, aby odebrać mi nadzieję, którą od niego otrzymałam?
Nie dając sobie więcej czasu na rozmyślania, przeciągnęłam palcem po ekranie. Przyłożywszy komórkę do ucha, w milczeniu nasłuchiwałam.
Halo? Blanka?
Głos z pewnością należał do Jareda.
Yhm... – wydusiłam z ledwością, a po chwili odchrząknęłam. – Tak, to ja.
Chyba coś z zasięgiem, bo nie było nic słychaćodparł, a na mojej twarzy rozlał się rumieniec. – Ale mniejsza o to. Ash oddzwonił i chętnie się z tobą spotka.
Kiedy? – Usiadłam na łóżku, zastanawiając się, czy już zacząć skakać z radości, czy jeszcze jednak poczekać.
Może przyjechać w środę, jeśli tobie pasuje. Oddech mu nieco przyspieszył, jakby biegł, a w tle było słychać charakterystyczne dźwięki ruchu ulicznego.
Pasuje – zapewniłam bez zastanowienia, a uśmiech sam pojawił się na moich ustach.
W porządku. Zadzwonię do niego i podam mu twój adres, no i numer. Bez sensu, żebym robił za pośrednika, skoro możecie sami się dogadać.
Spoważniałam. Nie chciałam, żeby przyjeżdżał do domu Dahlii. Siostra może i by zrozumiała, ale Daniel? Dla niego byłam wariatką, która zatruwała im wszystkim życie. A co, jeśli przypadkiem Emma by coś usłyszała? Ona musiała być poza tym.
Jared? – zaczęłam niepewnie. – Wolałabym, aby Dahlii i Daniela przy tym nie było. A jeśli dowiedzieliby się, że kogoś obcego wpuściłam do domu... Już jest między nami źle. Może... może mogłabym się spotkać z nim u ciebie?
Nie odpowiedział. W słuchawce słyszałam tylko jego już unormowany oddech, nic więcej.
Rozumiemstwierdził w końcu i wypuścił powietrze, aż zaświszczało. – Nie wiem, o której skończę robotę, ostatnio mam sporo zleceń.
Jared, wiem, że nie powinnam cię o to prosić. – Odruchowo przygryzłam dolną wargę i potarłam dłonią czoło. – Pewnie zabrzmię jak desperatka, ale ja nie mam nikogo innego... nie znam nikogo innego.
Spokojnie.Zaśmiał się cicho. – Nie brzmisz tak, a jeśli nawet, to tylko trochę. Po prostu nie chcę ci nic obiecać, bo równie dobrze mogę skończyć pracę późno wieczorem, a po powrocie padnę na pysk i nie wstanę do rana. Ale postaram się, okej? I jak coś będę miał pewnego, to dam ci znać. Możemy się tak umówić?
Yhm, tak. – Uśmiechnęłam się z ulgą. – Dziękuję.
Nie ma za co. Odpoczywaj.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo się rozłączył, ale jakoś niespecjalnie mi to przeszkadzało. Za kilka dni miałam spotkać się z osobą, która przechodziła przez to samo co ja – tylko to się liczyło.
Wbiłam wzrok w sufit i przestałam się uśmiechać. Musiałam czekać, a to jawiło się jako największa tortura.
Jednak sama przed sobą musiałam przyznać, że niepotrzebnie się nakręcałam. Dni co prawda ciągnęły się niemiłosiernie, ale dzięki pracom domowym choć na chwilę zajmowałam myśli. A i Dahlia wydawała się być zadowolona z mojej obecności w domu, dzięki czemu przestałyśmy się kłócić. Jednak trwało to zaledwie chwilę.
Jared w środę rano zadzwonił, że o osiemnastej skończy pracę i razem z Ashem będą na mnie czekać. Siostra jak na złość tego dnia wzięła wolne w pracy, bo Emma miała jakieś przedstawienie w przedszkolu. Z kolei Daniel tym razem nie musiał zostać nawet minuty dłużej w firmie i wszedł do domu, gdy kłóciłam się z Dahlią.
Przecież tłumaczę ci, że nie będę pić! – Przyłożyłam dłoń do czoła i przewróciłam oczami. – Mam ci przysięgać?
Wystarczy jeśli powiesz, gdzie idziesz, a nie robisz z tego tajemnicę – odparła ze złością.
Mówiłam, że chcę się z kimś spotkać.
Z kim? – Dahlia wbiła we mnie spojrzenie i zaplotła ręce na piersi.
A jakie ma to znaczenie?
Słychać was na zewnątrz.Daniel oparł się ramieniem o futrynę, rozglądając się po pomieszczeniu. – Gdzie Emma?
U pani Marii – odparła Dahlia i wsunęła kręcony kosmyk za ucho.
A tu co się dzieje? – Uniósł brew, po czym wskazał na mnie głową. – Znów idzie chlać?
Miałam ochotę tupać nogami jak dziecko, ale ograniczyłam się do głośnego jęknięcia.
Nie, tylko...
Tylko chcesz gdzieś iść, ale nie chcesz powiedzieć gdzie – przerwała mi.
Jest ktoś, kto przeszedł przez to samo co ja i chce mi pomóc, zadowolona? – wyrzuciłam z siebie na wydechu, a Dahlia pobladła.
Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza mącona jedynie naszymi oddechami. Wpatrywałam się w siostrę, wyczekując odpowiedzi; jakiejkolwiek reakcji.
Nie – powiedziała w końcu, potrząsając głową. – Nie zgadzam się, rozumiesz?
Czekaj, czekaj. – Daniel zmarszczył brwi i patrzył na żonę z konsternacją. – Ktoś ma tak samo nie po kolei jak ona i chce jej pomóc, a ty się nie zgadzasz?
Już otwierałam usta, aby zwrócić mu uwagę, że stałam niedaleko i wszystko słyszałam, ale odpuściłam, bo mnie również ciekawiło, o co chodziło siostrze.
Nic nie rozumiesz. – Dahlia zacisnęła usta. Przetarła dłońmi twarz, a w jej oczach pojawił się niepokój. – To może być jakiś oszust. Będzie karmił ją nadzieją, a i tak nic z tego nie będzie.
Dahlia, do cholery, ona pół życia spędziła w szpitalu, gdzie obiecali pomóc i nie pomogli. A skoro sama szuka teraz pomocy i wróci trzeźwa, to chyba dobrze, nie?
Dan, proszę cię, nie zaczynaj od nowa.
Dan, przestań. Dan, nie mów tak. Dan, daj spokój – przedrzeźniał Dahlię, która z sekundy na sekundę robiła się coraz bardziej czerwona na twarzy. – No nie patrz tak, mam dość tego cyrku. Sama nie wiesz, czego chcesz. Najpierw jojczysz, że wciąż jej nie było, a jak wracała schlana, to nic konkretnego z tym nie zrobiłaś.
Rozmawialiśmy już o tym. – Dahlia wpatrywała się w męża z niezadowoloną miną.
Nie, kochanie, to ty mówiłaś, mnie nie chciałaś nawet słuchać. I tak wciągnęłaś w życie Emmy ciotkę-wariatkę i wujka-mordercę.
Dan!
A nie mam racji? – Daniel spojrzał na mnie, po czym przeniósł wzrok na żonę. – Jak myślisz, kto ją ostatnio przywiózł?
Jared? – zapytała z niedowierzaniem, z wolna odwracając się w moją stronę. – To z nim się widywałaś?
Nie. – Jęknęłam niezadowolona, gdy uwaga obojga skupiła się bezpośrednio na mnie. – Wyciągnął mnie z baru, doprowadził do ładu i odwiózł. Nie dopowiadaj sobie do tego historii. – Odsunąwszy się od szafki, zrobiłam głęboki wdech i spojrzałam Dahlii prosto w oczy. – Dokończcie beze mnie.
Nim siostra zdążyła zaprotestować, odwróciłam się na pięcie. Jeszcze przed zamknięciem za sobą drzwi usłyszałam podniesiony głos Daniela, ale nie rozróżniłam słów. Może i lepiej? Miałam się skupić na tym, co mnie czekało, a nie na kolejnej awanturze.
Rozejrzałam się po ulicy i przebiegłam na drugą stronę. Z rękoma w kieszeniach bluzy i wzrokiem wbitym w trampki szłam równym krokiem przed siebie. Co jakiś czas delikatne podmuchy rozwiewały moje włosy, a świergot ptaków towarzyszył mi przez kilka ulic. W końcu ćwierkanie zniknęło zastąpione przez pisk opon i warkot silników.
Bez zastanowienia skręcałam to w prawo, to w lewo. Nogi niemal same mnie niosły i nawet nie musiałam podnosić głowy, aby wiedzieć, w którym miejscu się znajdowałam. I mogłam za to podziękować Tomiemu, bo to właśnie on pokazał mi miasto.
Lawirowałam pomiędzy ludźmi, pokonując kolejne ulice, a czas uciekał. Więcej niż pewnym było, że nie dotrę do Jareda na osiemnastą, nawet korzystając ze znanych mi skrótów. Mimo wszystko starałam się skupić na drodze i nie zwalniać tempa marszu.
Nie wierzę – mruknęłam pod nosem, gdy musiałam się zatrzymać, bo sygnalizacja świetlna aż biła po oczach czerwienią.
Panna Astori, któż by się spodziewał.
Gwałtownie odwróciłam głowę, po czym zmierzyłam mężczyznę spojrzeniem. Starałam się odszukać w pamięci nazwisko, które mogłabym do niego przypisać, ale jak na złość nic mi nie przychodziło do głowy. Dopiero gdy uśmiechnął się półgębkiem, skojarzyłam twarz.
Komisarz Firth – stwierdziłam bez entuzjazmu, a on przytaknął. – A kolega gdzie?
Jestem po pracy. – Wyciągnął kluczyki z kieszeni i podrzucił je kilka razy. – Siostra przestała być nadopiekuńcza?
Zamrugałam kilkukrotnie, nie do końca rozumiejąc pytanie. Dopiero po chwili dotarło do mnie, o co mu chodziło. Zerknęłam przez ramię, ale nadal miałam czerwone światło.
Powiedzmy, że przestałam się tym przejmować. – Uśmiechnęłam się nieznacznie, po czym wskazałam głową za siebie z nadzieją, że za sekundę ruszę dalej. – Muszę iść. Już i tak jestem spóźniona.
Tu mam samochód, mogę podrzucić.
Zaskoczył mnie. Przez chwilę wpatrywałam się w niego, doszukując się oznak podstępu, ale nic nie wskazywało na złe intencje. Zresztą nie potrafiłam wskazać powodu, dla którego – prócz zwykłej przysługi – chciałby mnie podwieźć. Z wycofaniem oskarżenia przez Dahlię, sprawa została zamknięta, a policja więcej się nie odezwała.
Okej – odparłam w końcu i ruszyłam za Firthem.
Dokąd? – rzucił, stając przy drzwiach od kierowcy.
Do... – zamilkłam, gdy po kręgosłupie przebiegł mi zimny dreszcz. Spojrzałam niepewnie na mężczyznę wyczekującego odpowiedzi, po czym uśmiechnęłam się wymuszenie. – Centrum. Gdzieś w okolicach rynku będzie w porządku.
Nie ma problemu. Wsiadaj – rzucił Firth, sam wślizgując się na miejsce kierowcy.
Gdy znalazłam się wewnątrz auta, poczułam dziwny zapach, lecz początkowo nie zwróciłam na niego większej uwagi. Co jakiś czas marszczyłam tylko nos, jakby to miało sprawić, że słodkawa woń stanie się lżejsza. Jednak ona wnikała głęboko do gardła i osadzała się w płucach, zabierając dech.
Co tu tak dziwnie pachnie? – zapytałam w końcu, opuszczając do połowy szybę.
Dziwnie? – Firth uniósł brwi, po czym uśmiechnął się i szturchnął palcem woreczek wiszący przy lusterku. – Jakaś mieszanka. Przeszkadza ci?
Trochę duszący zapach i tyle – odparłam wymijająco, choć miałam ochotę krzyczeć, żeby to wyrzucił.
Tego bezpańskiego psa złapali?
Emm... nie wiem – mruknęłam, skupiając się bardziej na wdychaniu powietrza wpadającego przez okno niż na rozmowie z komisarzem. – Chyba, nie widziałam go więcej.
A jakieś inne zwierzęta?
Inne? – zapytałam zaskoczona.
Nigdy nic nie wiadomo, prawda? – Uśmiechnął się lekko i zatrzymał auto na skrzyżowaniu. – Mirrsen widział cię kilka razy na mieście, mogłaś znów coś spotkać.
Śledzicie mnie? – rzuciłam, wstrzymując oddech i odwracając się w stronę mężczyzny.
Nic z tych rzeczy. Tomi i jego kumple mają miejscówkę niedaleko mieszkania Petera.
Znacie Tomiego?
Zawsze wie co, gdzie i kiedy się dzieje, więc bywa pomocny. – Firth zerknął w moją stronę, po czym ponownie skupił wzrok na drodze i jadącym przed nami aucie. – Ale nie polecałbym się z nim zadawać.
Ale wy wszyscy troskliwi. – Przewróciłam oczami i zacisnęłam dłonie w pięści. Fotel zdawał się parzyć, a słodkawy zapach nadal drapał w gardło. Odruchowo odchrząknęłam i ponownie zwróciłam się w stronę okna. Zauważywszy zatoczkę dla autobusów, wskazałam ją palcem. – Tu wysiądę.
Jak sobie życzysz – odparł obojętnie i zjechał na wskazane miejsce. – Uważaj na siebie, po mieście kręcą się różne potwory.
Nim wysiadłam, Firth puścił oczko, a mnie oblał zimny pot. Nawet uczucie silnego dyskomfortu przestało mieć znaczenie. Potrząsnęłam głową, jakby to miało pomóc mi pozbyć się wszystkich myśli i, odnajdując klamkę, niemal wypadłam na chodnik.
Dzięki – rzuciłam i zatrzasnęłam drzwi.
Odetchnęłam głęboko. Nienaturalna słodycz została zastąpiona przez zapach spalin. W głowie mi huczało, dłonie drżały niemiłosiernie, a serce nie chciało wrócić do swego naturalnego rytmu. Wypuściwszy ostrożnie powietrze z płuc, ruszyłam przed siebie.
Nie chciałam myśleć o niepokojącym zachowaniu Firtha ani nie wracać do podejrzeń rzucanych przez Dahlię, ale to wszystko samo do mnie wracało. Tak więc resztę drogi spędziłam na rozbijaniu wszystkiego na atomy i doszukiwaniu się ukrytych znaczeń albo wskazówek. Jednak do niczego konkretnego nie doszłam. Dahlia zachowywała się irracjonalnie. Nie potrafiłam zrozumieć, czym się kierowała. Faktem było, że siostra dużo mówiła, nawet groziła, ale jak przychodziło co do czego, to odpuszczała. Ba! Nawet gdy Daniel nie chciał mnie wpuścić do domu do momentu, aż nie wytrzeźwieję, zrobiła to Dahlia.
A Firth? Może wcale nie chodziło o mnie, a o Tomiego albo któregoś z chłopaków? W końcu nie powiedział konkretnie, czego chciał. Mogło chodzić dosłownie o wszystko, a ja doszukiwałam się nie wiadomo czego. Najwidoczniej paranoja znów się odezwała.
Skręciłam w prawo i uśmiechnęłam się pod nosem, dostrzegając kilka metrów dalej jeepa Jareda. Porzucając rozważania na temat ludzkich zachowań, przyspieszyłam kroku. Stanęłam jak wryta, gdy dostrzegłam, że za autem stał motocykl. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przed moimi oczami pojawił się tajemniczy mężczyzna, o którym zdążyłam zapomnieć. Czy to mógł być Jared? Jeśli tak, to miał mi sporo do wyjaśnienia.
Poczułam mrowienie na całym ciele, a pod skórą zatańczyły ciemne pręgi. Dłonie automatycznie zwinęłam w pięści, po czym niesiona złością ruszyłam do wejścia kamienicy. Nie zastanawiałam się, nie rozmyślałam – po prostu parłam przed siebie niczym w transie, chcąc jak najszybciej stanąć oko w oko z Jaredem.
Gdy dotarłam na górę, moja pewność siebie gdzieś zniknęła albo została przyćmiona przez uczucie bycia obserwowaną – nie miałam co do tego pewności. Odruchowo rozejrzałam się dookoła, lecz nikogo, a przede wszystkim niczego niespotykanego nie zauważyłam.
Wzrok skupiłam na drzwiach, po czym w nie zapukałam. Serce w mojej piersi waliło jak oszalałe, dłonie pokryła warstwa potu i z ledwością powstrzymywałam się przed ucieczką. Zerknęłam w stronę schodów, ale wtedy też do moich uszu dotarł dźwięk charakterystyczny dla przeskakujących zapadek w zamku.
Wszystko gra? – zapytał Jared, przyglądając się uważnie mojej twarzy. – Jesteś jakaś blada.
Trochę się denerwuję – przyznałam, choć „trochę” było ogromnym niedopowiedzeniem.
Będzie dobrze. – Uśmiechnął się pogodnie i odsunął, aby zrobić mi przejście.
W momencie przekroczenia progu czas zwolnił. Poczułam szarpnięcie tuż pod mostkiem. Niby spodziewałam się tego, ale i tak zabrakło mi tchu. Wystraszona spojrzałam za siebie i ujrzałam mglistą postać. Czas wrócił do normalności, a Jared zamknął drzwi, oddzielając mnie od niezwykłej istoty – istne déjà vu.
Z zaskoczeniem przyjęłam, że nadal odczuwałam zdenerwowanie i złość, choć nie tak uciążliwe jak wcześniej. Przynajmniej do czasu, aż nie spostrzegłam leżącego kasku na szafce na buty.
Jeździsz? – wydusiłam z siebie, wskazując na wieszak, a konkretnie na motocyklową kurtkę.
Nie, znacznie pewniej czuję się na czterech kółkach. – Jared znów się uśmiechnął i przeciągnął dłonią po włosach, aż dotarł do karku. – To Asha.
Te słowa wcale mnie nie uspokoiły. Już chyba wolałam, aby to Jared wystawał pod domem Dahlii.
Przepraszam – powiedziałam cicho, zdając sobie sprawę, że od dłuższego czasu Jared stał i gapił się na mnie. – Zamyśliłam się.
W porządku. – Wzruszywszy ramionami, oparł się o ścianę i założył ręce na piersi. – Nie ma pośpiechu.
Boję się – przyznałam cicho. Odetchnęłam kilka razy głęboko, dłonie wytarłam o spodnie i zebrałam w sobie resztki odwagi. – Chodźmy.
Jared skinął w milczeniu i wskazał dłonią kierunek, mimo to nawet nie drgnęłam. Dopiero gdy mnie minął, ruszyłam za nim niczym za tarczą. Ze zdziwieniem przyjęłam, że w salonie nikogo nie było.
Co chcesz do picia?
Jeszcze raz powiodłam wzrokiem po pomieszczeniu, po czym skupiłam się na Jaredzie wyciągającym kubki z kuchennej szafki.
Herbatę poproszę.
Siadaj, nie będziesz przecież stać. – Chwyciwszy za czajnik, podstawił go pod kran i przez chwilę wpatrywał się w okno. – Ash chyba gada z kimś na balkonie, a w jego przypadku może to trochę potrwać.
Przytaknęłam na to stwierdzenie. Siadając na narożniku, zauważyłam plecak, a coś w moim żołądku wywinęło koziołka. Nie potrafiłam pozbyć się przeświadczenia, że coś nie grało. Kłębiące się we mnie zdenerwowanie wymieszane ze strachem tylko podsycało to uczucie.
Wyprostowałam się jak struna, gdy drzwi balkonowe stanęły otworem, a w progu pojawił się mężczyzna. Zadrżałam mimowolnie, czując na sobie jego spojrzenie. Zmusiłam się, aby nie odwrócić od niego wzroku, bo chociaż uśmiechał się przyjaźnie, włoski na moim karku stanęły dęba.
Blanka, miło cię w końcu poznać. – Poszerzył uśmiech i ruszył w moim kierunku.
W końcu? – powtórzyłam drżącym głosem.
Jared o tobie opowiadał, więc...
Kłamiesz – odparłam bez zastanowienia, a on zaśmiał się wesoło.
Inteligentna bestia – rzucił w kierunku Jareda, który tylko krótko na niego spojrzał i wrócił do szykowania herbaty. – Masz rację, kłamię, ale nie dla samego kłamstwa.
Nie rozumiem – przyznałam.
Mężczyzna zaczerpnął głęboko powietrza i opadł na narożnik. Plecak umieścił sobie między nogami i wyciągnął z niego jakiś przedmiot. W chwili gdy owa rzecz wylądowała na ławie, mogłam ze stuprocentową pewnością stwierdzić, że był to notatnik w skórzanej oprawie i właśnie on przyprawiał mnie o nieprzyjemne dreszcze.
Masz do tego pełne prawo – rzucił, zapinając błyskawiczny zamek. – To wszystko nie miało tak wyglądać. Twój ojciec... W tym jest dużo mojej winy, oj, cholernie dużo. – Zaśmiał się gorzko. – Ale wszystko można jeszcze naprawić. Jednak potrzebuję, żebyś pozostawiła otwarty umysł. I odrobina zaufania też by się przydała.
Gapiłam się na niego z otwartymi ustami, analizując usłyszane słowa. I jedyne, do czego doszłam, to fakt, że z każdą kolejną sekundą czułam się mocniej zdezorientowana.
Nie mam pojęcia, kim jesteś – odparłam po dłuższej chwili.
Wybacz, nie przedstawiłem się. – Mężczyzna zrobił zbolałą minę, po czym wstał, wyprostował się i wyciągnął dłoń w moją stronę. – Ashanttel, demon szóstego stopnia.
Wpatrywałam się w niego jak w wariata, a on nawet nie mrugnął. Stał niczym dumny z siebie posąg, nie odrywając ode mnie wzroku.
To nie jest zabawne – rzuciłam zniecierpliwiona, podrywając się na nogi. Odwróciłam się w stronę Jareda. – Powiedziałeś, że mi pomoże, a nie, że będzie opowiadał jakieś kompletne bzdury.
Blanka, ale to prawda – oznajmił spokojnie i chwycił za dwa kubki. – A ty mogłeś powiedzieć to jakoś... no nie wiem, delikatniej.
Stary, jestem demonem, tego się nie da powiedzieć delikatnie. – Ashanttel podrapał się po gładko ogolonym policzku i znów skupił swoją uwagę na mojej osobie. – Przykro mi, ale ty po części również nim jesteś.
Co? – Zaśmiałam się nerwowo. – Może jestem wariatką, ale nie demonem.
Konkretnie jesteś mieszańcem.
Tak, Ash, brawo, brnij w to dalej. – Jared uniósł kciuk w górę, po czym wrócił do kuchni po ostatni kubek.
Taki jesteś mądry? To sam jej wszystko powiedz. Jestem ogromnie ciekaw, jak byś sobie z tym poradził. – Ashanttel z powrotem zajął swoje miejsce i upił łyk herbaty.
Na pewno nie nazywałbym nikogo mieszańcem. – Jared westchnął ciężko i, patrząc mi prosto w oczy, głową wskazał narożnik, na co ja swoją potrząsnęłam.
Ale to nic złego. Przecież mój syn też jest mieszańcem.
Masz dziecko? – zapytałam z niedowierzaniem. Choć tak naprawdę sama nie wiedziałam, co bardziej mnie szokowało – to, że uważał się za demona czy że wariat miał syna.
Tak. – Założył nogę na nogę i przyglądał mi się badawczo. – Mój synek, Benjamin, jest taki jak ty, ale on ma dopiero pół roku i bardziej go interesuje wsadzanie piąstki do buzi niż to, że ma ojca demona. Mam również żonę, którą kocham nad życie, a jest człowiekiem.
Gapiłam się na mężczyznę o jasnoniebieskich oczach i tym razem nie dostrzegałam w nim kłamstwa. Na jego bladych ustach błąkał się nikły uśmiech, jakby wiedział, że mu wierzyłam i kwestią czasu było, aż wszystko to przyjmę i zaakceptuję.
Odwróciłam głowę, chcąc spojrzeć na Jareda, a raczej poszukać u niego wsparcia. Jednak on zdawał się nie zwracać większej uwagi ani na mnie, ani na Ashanttela, tylko uderzał palcami o porcelanę. Wypuściłam zrezygnowana powietrze i usiadłam obok niego. Przez chwilę patrzyłam tylko na swoje dłonie, starając się zapanować nad ich drżeniem oraz nad łzami szczypiącymi w oczy. Chwyciwszy czerwony kubek, przystawiłam go do ust i zaciągnęłam się zapachem herbaty. Kilka łyków wystarczyło, aby kojące ciepło rozeszło się po moim krwiobiegu. Powoli zaczynałam się uspokajać, choć nie miałam pewności, na jak długo.
Może w pierwszej chwili bycie demonem wydawało się niedorzeczne, ale tłumaczyło wszystko.
Kto? – Podniosłam wzrok na mężczyznę. – Mama czy tata?
Emm... – Ashanttel początkowo wydał się zbity z tropu, ale trwało to zaledwie kilka sekund. – Tata. Znaczy się Irra. Irra, twój ojciec, jest demonem i to nie byle jakim.
Jest? – zapytałam z nadzieją, której zwyczajnie nie potrafiłam ukryć. A fakt, że nazwał tatę demonem, zupełnie zignorowałam.
Owszem, jest. – Uśmiechnął się z zadowoleniem, po czym kontynuował. – Irra zniknął ćwierć wieku temu, ale to wcale nie oznacza, że przestał istnieć. Żyje, choć nie ma się za dobrze. I właśnie ty możesz to zmienić. Możesz mu pomóc, możesz pomóc nam wszystkim.
Czekaj – poprosiłam, zastanawiając się nad ostatnim zdaniem. Słyszałam już te słowa i to nie raz. Dlaczego wcześniej tego nie połączyłam? I przecież ten nieznajomy zza wrót. Jak mogłam go nie poznać? Wszystko wydawało się tak nierealne. Nim się zorientowałam, po prostu zaczęłam mówić. – Dzieciak z Limbo, on chciał ode mnie pomocy. Twierdził, że ojciec mnie do tego wyznaczył. I w szpitalu... on wtedy mówił do ćmy, nie do mnie. A ten przykuty mężczyzna to on, prawda? To tata? Jest w Limbo? I te ćmy, to zawsze był on? I prześladuje mnie to wszystko przez niego? A co z mamą? Wiedziała, kim on jest? A Dahlia? A ty? – zwróciłam się do Jareda, który w końcu podniósł na mnie wzrok. – Od kiedy wiesz, czym jestem?
Blanka... – zaczął, ale przerwał, gdy potrząsnęłam głową.
Też kłamałeś – wyszeptałam, z ledwością powstrzymując łzy. – Cały czas kłamałeś.
Nie odpowiedział, a we mnie coś pękło. Nie chciałam już wiedzieć. Tego wszystkiego było za dużo. Dosłownie w jednej chwili całe moje życie okazało się oszustwem, a ja znów zatęskniłam za szpitalem.
Nerwowym gestem wytarłam policzki. Wstałam, wyminęłam Jareda i po prostu wyszłam z mieszkania. Gdy mglista postać na powrót połączyła się ze mną, poczułam jeszcze większy gniew. Skóra mrowiła przyjemnie, a tuż pod nią wiły się ciemne, niemal czarne smugi. Schowałam dłonie do kieszeni i zbiegłam po schodach.
Nie zdążyłam dotrzeć do końca ulicy, a usłyszałam za sobą wołanie. Jednak nie zatrzymałam się, wręcz przeciwnie, przyspieszyłam kroku.
Blanka... do cholery... zaczekaj... – wydyszał Jared, w końcu mnie doganiając. – Nie będę leciał za tobą przez pół miasta.
Nikt cię o to nie prosił – rzuciłam ze złością, na co uniósł ręce w geście poddania.
Okej, może to nie jest to, co chciałaś usłyszeć, ale taka jest prawda. Jesteś demonem, nie wariatką.
I to ma mnie pocieszyć?!
Proszę, uspokój się, bo wciągnie cię do Limbo i w ogóle nie porozmawiamy. – Wpatrywał się we mnie niemal błagalnie.
O czym ty mówisz?
W zbyt dużych emocjach możesz nieświadomie się przenieść, chyba że masz na sobie pieczęć albo przebywasz w pomieszczeniu, które jest nią objęte.
Twoje mieszkanie – stwierdziłam, a on tylko się lekko uśmiechnął.
Poniekąd. – Wyciągnął z kieszeni marker i uniósł go na wysokość moich oczu. – Jeśli pozwolisz, to ją narysuję i pogadamy bez Asha. Co ty na to?
Buzujące we mnie emocje nieco przycichły. Przygryzając dolną wargę, skupiłam się na Jaredzie i jego propozycji. Perspektywa przeniesienia się do Limbo wydawała się raczej mało atrakcyjna. Chłopiec bez oczu, bestia żądna krwi i stwory zamieszkujące lustra nie zachęcały do odwiedzin. Zdecydowanie wolałam zostać.
Z wolna skinęłam, a Jared bez zwłoki narysował na grzbiecie mojej dłoni symbol przypominający „x”, ale z dodatkowymi kreskami.
I co dalej? – zapytałam, chowając z powrotem rękę do kieszeni.
Jared rozejrzał się po okolicy. W zamyśleniu przeczesał palcami włosy, a ja dopiero wtedy zauważyłam, że miał sińce pod oczami i chyba nie golił się od naszego ostatniego spotkania. Gdy znów na mnie spojrzał, uśmiechnął się lekko.
Niedaleko jest takie spokojne miejsce. Idziemy?
Przytaknęłam bez zastanowienia i ruszyłam za nim z myślą, że już nic gorszego nie mogłam usłyszeć.

Jest! W końcu! Nawet nie macie pojęcia, jak się cieszę, że w końcu ten rozdział się pojawia. Chociaż muszę przyznać, że nie jest taki, jakim go obiecywałam. Co prawda coś tam się wyjaśnia, ale reszta pojawi się w kolejnym. Zwyczajnie długość zabiłaby wszystkich – nawet mnie. ;) Więc tym sposobem wiecie, dlaczego Blanka widuje stwory i wpada w odwiedziny do Limbo. A co Jaredowi do tego, to już w siedemnastce.
Ogólnie jestem przerażona tym rozdziałem. Cholernie mi się nie podoba, ale po raz setny zmieniać go nie będę, bo jak już powiedziałam – dostanę pierdolca. –_– Gdzieś tam w środku siebie mam jednak nadzieję, że rozdział okazał się zrozumiały i choć odrobinę satysfakcjonujący.
Zresztą jestem ciekawa, jak odebraliście Dahlię? Nie budzi żadnych podejrzeń? Nadal jest świetną siostrą? No i co powiecie na temat Asha? Jakieś podejrzenia co do jego postaci?
Dziękuję za cierpliwość i za zaglądanie. :*